Zawdzięczam Ryszardowi Kapuścińskiemu bardzo wiele, chociaż spotkaliśmy się tylko raz.
Osiem lat temu napisałem duży reportaż o epidemii AIDS w Afryce. Wydawnictwo, niezbyt ufając debiutującemu autorowi - i licząc na promocję - wysłało książkę przed drukiem Kapuścińskiemu z prośbą o recenzję.
Król reportażu nie tylko przeczytał i pochwalił, ale zgodził się przyjść na moje spotkanie autorskie. Jego nazwisko było na afiszach, więc sala pękała w szwach. Na spotkaniu Kapuściński zrobił mi jeszcze jedną przysługę: wygłosił entuzjastyczną laudację książki, a potem nie odezwał się już ani słowem - i pozwolił mówić jej autorowi.
Zawdzięczam jeszcze więcej książkom Kapuścińskiego. Nie miałem i nie mam wątpliwości, że był wielkim pisarzem. Dla dwudziestolatka, który chciał pisać reportaże, był nieosiągalnym wzorem. Rewolucje, które oglądał; niebezpieczeństwa, których cudem uniknął; wielcy ludzie, których poznał - już sam życiorys robił z niego legendę w oczach początkującego reportera. A jeszcze te książki!
Dlatego biografię Kapuścińskiego napisaną przez Artura Domosławskiego czytałem ze szczególnym uczuciem - fascynacji wymieszanej z przykrością.
Mało obchodzą mnie osobiste szczegóły z życia pisarza. Nie o wszystkich musiałem wiedzieć, ale nie razi mnie, że się w książce znalazły: bycie osobą publiczną ma wysoką cenę, a skoro zgadzamy się na nią w przypadku - dajmy na to - polityków, to dlaczego nie w przypadku Kapuścińskiego?
Nie oburzają mnie także opisy, jak wielki reporter szukał swojej drogi - ktoś powiedziałby: lawirował - wśród partyjnych protektorów. Długo uważał PRL za swoje państwo. Nie on jeden - i nie widzę w tym nic złego.
Nie porusza mnie historia jego zaangażowania w stalinizm: miał wtedy 20 lat, a wielu ludzi w tym wieku robi rzeczy, których potem woli nie wspominać. Było dla mnie też jasne, że w czasach zimnej wojny reporter - zwłaszcza z krajów tzw. demokracji ludowej - nie mógł uniknąć kontaktów z wywiadem. Inaczej by po prostu nigdzie nie pojechał.
O tych wszystkich drażliwych sprawach Domosławski pisze obszernie. Można się spierać, czy napisał o nich dobrze. Zostawię to innym, bo odnalazłem w tej książce rzecz ważniejszą.
Domosławski jako pierwszy odsłonił prawdziwy warsztat pisarza. Po drobiazgowym śledztwie ujawnił konfabulacje i zmyślenia - albo, ujmując to inaczej, zakres literackiej kreacji - w jego książkach. Pokazał, w jaki sposób Kapuściński mieszał prawdę z fikcją. Tu leży niepodważalna wartość tej biografii.
Nie wystarczy jednak powiedzieć: Wielki Reporter okazał się Wielkim Konfabulatorem, żeby sprawę zamknąć (i Domosławski oczywiście tak nie robi). Sprawa jest bardziej skomplikowana, bo dotyczy samej natury reportażu. Wykracza też poza osobę Kapuścińskiego - bo był ojcem-założycielem polskiej szkoły reportażu.
Kapuściński - jak podkreśla jego biograf - uważał się za pisarza. Jeden ze swoich najlepszych reportaży - opowieść o tym, jak koledzy na drugi koniec Polski wiozą trumnę z ciałem młodego górnika, żeby pochować go w rodzinnej miejscowości - nazywał w rozmowach z kolegami "opowiadaniem".
Być może wszystko jest w porządku, bo pisarzowi wolno więcej (a reporter - jak ujął to jeden z moich kolegów z redakcji - "nie jest magnetofonem", tylko twórcą właśnie). Z książki Domosławskiego wynika, że niestety nie jest to takie proste.
Według Domosławskiego Kapuścińskiemu zdarzało się rozmijać z rzeczywistością na - tak to nazwijmy - trzech piętrach.
Pierwszym są banalne fakty. Domosławski cytuje zagranicznych krytyków - w tym afrykanistów - którzy wyliczają Kapuścińskiemu liczne błędy. Ten zarzut łatwo potraktować jako czepialstwo zakurzonych akademików, którzy zazdroszczą sławy reporterowi. Kapuściński nie był przecież naukowcem, tylko reporterem. Czy w tej branży nie obowiązują mniej wyśrubowane standardy?
Te pomyłki często zdradzały jednak zaskakujący brak pisarskiej troski. Nie istnieje plemię Lugabra ani miejscowość Haragwe; nad Nilem w Sudanie nie ma i nie było "gigantycznych plantacji kauczuku" - to tylko niektóre z długiej listy zarzutów, które wytacza przeciw książkom Kapuścińskiego afrykanista i antropolog John Ryle.
Domosławski objechał pół świata - od Boliwii po Etiopię - żeby porozmawiać o jego książkach z ludźmi, którzy znali opisywane przez Kapuścińskiego wydarzenia.
Rzeczowe błędy zdarzają się każdemu. ("Niepokoi jednak skala uchybień - za duże, zbyt częste" - pisze w jednym miejscu Domosławski; chodzi o biografię pewnego boliwijskiego polityka i dziennikarza, którą Kapuściński - jeśli wierzyć encyklopedii i rodzinie - częściowo ubarwił, a częściowo wymyślił).
Ciekawszy jest sposób, w jaki Kapuściński podporządkowywał rzeczywistość logice swojej opowieści. Podajmy tu - za Domosławskim - dwa przykłady.
W rozdziale "Hebanu" - afrykańskiej summy Kapuścińskiego - poświęconym krwawemu dyktatorowi Ugandy Idiemu Aminowi jest scena, w której rybacy wyciągają z Jeziora Wiktorii ogromne, tłuste ryby. Kapuściński: "To jezioro nie znało dawniej takich spasionych, wielkich ryb. A wszyscy wiedzieli, że siepacze Amina od dawna wrzucają do jeziora ciała swoich ofiar. I że żywią się nimi krokodyle i mięsożerne ryby".
Źródło: Gazeta Wyborcza