http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Polska. Debata o parytetach. Władzy raz zdobytej...

Miłada Jędrysik
2010-03-01, ostatnia aktualizacja 2010-02-26 19:20

Kwota 30 proc. zamiast parytetu nie wystarczy, by kobiety mogły uzyskać znaczący wpływ w polityce. A proces zwiększania liczby kobiet w parlamencie i samorządach zostanie na długo zablokowany.


Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
ZOBACZ TAKŻE
Nieco zagubiony kandydat na prezydenta Jerzy Szmajdziński rozglądał się po wypchanej po brzegi sali. - Czy znajdzie się tu jakieś miejsce? - zapytał i otrzymał odpowiedź przywitaną wybuchem śmiechu: - Mężczyźni teraz sobie postoją.

Z równym entuzjazmem wypełniona kobietami sala zareagowała na propozycję jednej z organizatorek konferencji "Kobiety w polityce", która odbyła się niedawno w Sejmie, by w związku z brakiem miejsc gospodarz, marszałek Komorowski, przeniósł konferencję do sali plenarnej. Ale poza tym było jak zwykle.

Szarmancki wobec dam marszałek odczytał wierszyk własnego autorstwa, który kończył się tak:

„Wypędźcie stąd mężczyzn bez prawa do łaski

Pozbawcie Marszałka władzy oraz laski

Niech tu laska rządzi, bądź co bądź kobieta

Wyrwana z rąk męskich wskutek paryteta”.

Co feministki skomentowały - w internecie, gdzie wierszyk zdobył sporą popularność - fragmentem klasycznego tekstu Johna Stuarta Milla "Poddaństwo kobiet": "Ludzie, którzy najwięcej sprzeciwiają się temu, aby kobiety uważano za równe im pod względem dobroci, powtarzają nieustannie, że kobiety są od nich lepsze. Zamieniło się to w ckliwą formułkę, której hipokryzja osłaniać ma obelgę fałszywym komplementem".

Poza tym w sąsiedniej sali kotłowała się jedna z komisji śledczych. Posłowie w ciemnych garniturach wydłużali krok w korytarzach. Oprócz paru panów, głównie z lewicy, tym, co mają do powiedzenia o kobietach w polityce badaczki i działaczki polityczne z kilku krajów Europy, nie zainteresował się żaden z nich. Władza jest rodzaju męskiego i na razie ma tak pozostać.

Męski układ

Zainicjowany przez Kongres Kobiet Polskich obywatelski projekt ustawy wprowadzający parytet płci na listach wyborczych po pierwszym czytaniu w Sejmie trafił do komisji. To i tak lepiej niż dziewięć lat temu, kiedy to zgłoszona przez wicemarszałek Olgę Krzyżanowską propozycja wprowadzenia kwot na listach została odrzucona w pierwszym czytaniu wśród śmichów i chichów.

Istnieją poważne argumenty przeciwko pozytywnej dyskryminacji, przede wszystkim dotyczące arbitralności kryteriów jej stosowania (co powraca w powtarzanym do znudzenia niemądrym pytaniu przeciwników parytetów: "Dlaczego kobiety, a nie łysi?") i rzeczywistej dyskryminacji grupy większościowej, która musi ustąpić miejsca mniejszości.

Ale jeśli przyjrzeć się demokratycznym systemom politycznym na świecie, to jeszcze nigdzie bez podpórek w postaci kwot nie udało się doprowadzić do tego, by kobiety zdobyły znaczący udział we władzy. Bo o tym, że byłoby to sprawiedliwe i dobre dla społeczeństwa, nie trzeba już chyba dyskutować. W krajach skandynawskich, które mogły pozwolić sobie na luksus niewprowadzania kwot na listach wyborczych, zrobili to sami politycy - gdy potężna partia socjaldemokratyczna w Szwecji zaczęła umieszczać kandydatów na listach "na zakładkę" (na zmianę: kobieta, mężczyzna), w jej ślad poszły inne. Partia konserwatywna po prostu wystawia odpowiednią liczbę kobiet, nie przyznając się do żadnych oficjalnych kwot. Ale to Skandynawia. Zresztą i tam 20 lat zajęło, zanim w polityce nastąpiła równowaga płci.

Zwolennicy "naturalnego" przebiegu procesu zwiększania liczby kobiet u władzy przemilczają ważną - oprócz tych kulturowych i "infrastrukturalnych", czyli braku pomocy państwa w godzeniu pracy z wychowywaniem dzieci - przyczynę tak niskiego udziału kobiet w sferze publicznej. Drude Dahlerup, najbardziej chyba znana ekspertka od tej tematyki z Uniwersytetu Sztokholmskiego, podkreślała na konferencji w Sejmie, iż z jej badań wyraźnie wynika, że kobiety są w polityce dyskryminowane. Dahlerup mówi o politycznym "męskim układzie", zacementowanym przyjaźniami i zależnościami. Potwierdzają to także polskie posłanki, jak Joanna Mucha z PO, która w wywiadzie dla "Świątecznej" mówiła o rozczarowaniu dziewczyn z partyjnych młodzieżówek, dla których "dorosła" polityka nie ma propozycji. Przeczy to argumentowi podanemu podczas debaty w Sejmie przez inną posłankę PO Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz: "Wprowadzenie parytetu oznacza dodatkowe 8-9 kobiet na liście, każdy, kto układał listy wyborcze, wie, że to jest niemożliwe". Trudno uwierzyć, by - jeśli dobrze poszukać - nie znaleźć w okręgu wyborczym tych kilku wartościowych kandydatek. A jeśli nawet nie wszędzie uda się przekonać do startu najlepsze, czy naprawdę męskich kandydatów nigdy nie wybiera się z łapanki?

Już nie tylko feministki

Przeciwnicy parytetu, okopani w rytualnej niechęci do feministek, nie chcą również zauważyć, że coś się w Polsce zmienia. Największe oklaski na sejmowej konferencji zebrała Mika Larsson, szwedzka dziennikarka i dyplomatka, która nie mogła zrozumieć, dlaczego "w Polsce politycy są w tyle za społeczeństwem". Bo w Szwecji, przypomniała Larsson, to sami politycy wyszli z propozycją parytetu w imię sprawiedliwszego społeczeństwa.

Niedawno w "Gazecie Świątecznej" socjolożka dr hab. Beata Łaciak w rozmowie z Aleksandrą Klich pasjonująco opowiadała, jak w ostatnim dwudziestoleciu zliberalizowaliśmy się obyczajowo, np. w kwestii stosunku do homoseksualizmu. Dzisiaj, dokonując coming outu w świecie rozrywki, można nawet liczyć na pochwałę, jak Tomasz Raczek i jego partner, zdobywcy tytułu Najpiękniejszej Pary magazynu "Gala". - A gdyby polityk ujawnił swoją homoseksualność? - pyta Aleksandra Klich. - Jestem przekonana, że wyborcy by to zaakceptowali. Ale nie sądzę, by któryś polityk się na to zdecydował. Nasi politycy są bardziej konserwatywni niż ich elektorat - odpowiedziała Łaciak.

Mam wrażenie, że tak samo jest w przypadku parytetów. Według najnowszego sondażu CBOS zamówionego dla Kongresu Kobiet Polskich obywatelski projekt ustawy podoba się 60 proc. respondentów. Są tam zaskakujące dane, które powinny dać socjologom do myślenia, jak na przykład większe poparcie dla parytetu wśród osób chodzących do kościoła kilka razy w tygodniu (69 proc.) niż niechodzących (52 proc.).

Mówimy oczywiście tylko o poparciu deklaratywnym, ale czy nie mamy wystarczających przesłanek, by założyć, że to wynik odzwierciedlający rzeczywistą "depatriarchalizację" naszego społeczeństwa, którą widać na tylu innych frontach? Ilu panów domu jeszcze 20 lat temu sprzątało i myło naczynia? Albo było widzianych z wózkiem w okolicy placu zabaw?

Ale przede wszystkim same kobiety mają coraz silniejsze poczucie, że udział we władzy im się należy. To już nie jest walka wyłącznie feministek. Kongres Kobiet, który został zorganizowany przez różne środowiska - bizneswoman, działaczki społeczne, a także feministki - naprawdę był momentem przełomowym.

Jeśli dodamy do tego zniechęcenie klasą polityczną, które pomaga wyobrazić sobie, że Sejm z większą liczbą tak łagodnych istot jak kobiety będzie lepszym miejscem, tak znaczące poparcie dla parytetu jest jeszcze bardziej zrozumiałe. To, że kobiety ucywilizują politykę, to oczywiście mit (znowu kłania się Mill), jak słusznie zauważyła ostatnio Bożena Keff, ale mit funkcjonujący powszechnie.

Wygląda na to, że wprowadzenie parytetu nie zaszkodziłoby notowaniom Platformy, a mogłoby im pomóc, mobilizując przede wszystkim elektorat kobiecy. Według sondażu CBOS aż 56 proc. kobiet chce głosować na kobiety. Donald Tusk, który wydaje się dobrze wyczuwać społeczne nastroje, przebąkiwał w wywiadzie dla "Gazety", że może w partii parytet wprowadzi. Na razie jednak nic nie wskazuje na to, żeby miał ochotę na rozbicie "męskiego układu".

Posłowie mogą spać spokojnie?

Bo pomysł PO, by 50 proc. z obywatelskiego projektu zamienić na 30 proc. i w tym kształcie poprzeć ustawę, jest w gruncie rzeczy makiaweliczny. Udobrucha się przeciwników parytetu we własnych ławach. Będzie można tymi 30 proc. chwalić się na europejskich forach i ucinać oskarżenia o dyskryminację kobiet. Ale wprowadzenie 30 proc. będzie oznaczać, jak powiedziała podczas sejmowej debaty Izabela Jaruga-Nowacka, "zabetonowanie szklanego sufitu". Według badań Dahlerup i innych 30 proc. to magiczny próg, od którego mniejszość uzyskuje znaczący wpływ na procesy decyzyjne. Tymczasem w ostatnich wyborach różnica między procentem kandydatek a zdobywczyń mandatu wynosiła 3-4 proc. Jeśli przyjmiemy to upraszczające równanie, przy kwocie 30-procentowej mandaty zdobędzie 26-27 proc. kandydatek. Masa krytyczna nie zostanie osiągnięta, a proces zwiększania liczby kobiet w parlamencie i samorządach zostanie na długo zablokowany.

Parytet oczywiście wszystkich problemów nie rozwiąże. Politolog z UJ Jarosław Flis pisał: "Partie w coraz większym stopniu panują nad tym, kto konkretnie z listy dostanie mandat. Służy temu: zagęszczanie lub rozgęszczanie kandydatów w poszczególnych powiatach czy miastach, obecność w centralnie finansowanej reklamie, kontrola dostępu do mediów, ustalanie limitów wydatków i wreszcie strategie liderów, wspierających w trakcie kampanii członków swoich orszaków lub też zwalczających ich najgroźniejszych konkurentów. W takich okolicznościach zwiększenie na liście liczby kobiet, których nikt z obecnych liderów nie będzie wspierał, którym nikt nie da pieniędzy na kampanię (itd.), nie będzie mieć wpływu na ostateczny skład Sejmu. Dlatego obecni posłowie mogą spać spokojnie".

Trzeba mentalnego otwarcia się na samą ideę, że kobiety w świecie polityki są pełnoprawnymi partnerkami, i zgody establishmentu na wpuszczenie świeżej krwi. Ale o ile obywatelski projekt w tym by pomógł, o tyle jego utrącenie tylko umocni status quo. Jakoś nie mogę uwierzyć, że za tak gremialnym oporem przeciwko parytetowi stoi tylko poparta głębokim namysłem niechęć do "inżynierii społecznej", jak przeciwnicy pozytywnej dyskryminacji lubią ją nazywać, czy konserwatywne uprzedzenia. Przecież o władzę tu chodzi. A władzy raz zdobytej...

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':