http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dobre czasy się skończyły

Meinhard Miegel*
2010-03-01, ostatnia aktualizacja 2010-02-26 19:16

Epokę gigantycznego wzrostu i nieprawdopodobnego dobrobytu Zachód ma już za sobą. Co nam zostaje? Nauka języków obcych, gra na pianinie, rozumienie sztuki czy szacunek u innych ludzi. Tym nauczmy się cieszyć


Fot. LM Otero AP
Piotr Buras: Niemiecka gospodarka skurczyła się w 2009 roku o 5 proc., w tym roku jej wzrost będzie w najlepszym razie minimalny. Nie lepiej radzą sobie inne kraje. Pana zdaje się to załamanie nie martwić. Kiedy rząd Angeli Merkel uchwalił ustawę o "przyspieszeniu wzrostu", pisał pan, że to polityka oparta na błędnych przesłankach. Co jest złego w twierdzeniu, że wzrost gospodarczy jest kluczem do rozwiązania naszych problemów? Przecież każde dziecko wie, że bez niego nie spłacimy zaciągniętych długów i nie wyjdziemy z obecnego dołka?

Meinhard Miegel: Problem polega na tym, że to załamanie gospodarki nie jest żadnym przejściowym kryzysem, jak się niektórym wydaje. Owszem, być może za jakiś czas znowu dojdzie ona do siebie i będzie przez jakiś czas rosnąć. Ale potem znowu nastąpi tąpnięcie.

Kraje Zachodu wkroczyły w nową erę. Szczyt epoki wzrostu i dobrobytu przypadł na lata 1950-1975. Ten dynamiczny rozwój opierał się na dwóch filarach, które przestały być nośne. Po pierwsze, wzrost gospodarczy był możliwy wyłącznie za sprawą gigantycznego zużycia zasobów naturalnych. Oczywiście także we wcześniejszych fazach rozwoju z nich korzystaliśmy. Ale nieodwracalnie zużyliśmy wielkie ilości ropy, gazu, węgla, zniszczyliśmy środowisko. I nie zapłaciliśmy za to rachunku. To, co było, wzięliśmy za darmo albo po wziętej z sufitu, śmiesznie niskiej cenie. W dodatku budując dobrobyt, zaciągaliśmy jeszcze długi. Już przed kryzysem mieliśmy w Niemczech 1,5 bln euro długów. Te pieniądze zostały pożyczone bez jakiegoś szczególnego powodu. Zjednoczenie Niemiec ich nie usprawiedliwia, inne kraje zresztą podobnie się zadłużyły. Dzisiaj ten model gospodarki się wyczerpał. Ceny za zużywanie zasobów naturalnych i środków żywności będą nieuchronnie rosnąć, kosztów zmian klimatycznych nie da się już redukować, a zadłużenie grozi galopującą inflacją. Nie znaczy to, że wszyscy teraz będziemy klepać biedę. Ale stałe zwiększanie dobrobytu, jak to miało miejsce w ubiegłych dziesięcioleciach na Zachodzie, skończyło się raz na zawsze.

Ale wygląda na to, że światowa gospodarka powoli wychodzi z recesji, także dzięki krytykowanym przez pana ogromnym wydatkom publicznym.

- Kłopot w tym, że wszędzie, nie tylko w Europie, próbowano załagodzić skutki kryzysu za pomocą starych, niegdyś sprawdzonych recept. Na zasadzie: gospodarka się załamała, więc musimy za wszelką cenę napędzić wzrost gospodarczy. Merkel mówiła, że "wzrost jest kluczem do wszystkiego" i jego przyspieszenie jest głównym celem jej rządu. Ale obietnica powrotu na ścieżkę wzrostu jest iluzją.

Kosztem stagnacji czy recesji jest wzrost bezrobocia, może nawet niepokoje społeczne. Jak demokratycznie wybrany rząd ma powiedzieć ludziom, że od tej pory mają nie wysilać się i nie próbować podnieść się z zapaści?

- Byłbym niepoważny, gdybym zachęcał polityków i obywateli do tego, by zrezygnowali z walki o poprawę swojego losu. Ja mówię coś znacznie gorszego. Niezależnie od tego, czy wzrost gospodarczy nam się podoba, czy nie, to w krajach zachodniej półkuli jego czas minął. Dlatego jestem przekonany, że musimy się przygotować na to, by funkcjonowanie rynków pracy i systemów ubezpieczeniowych, a także stabilność demokracji zapewnić bez tego cudownego narzędzia. To wielkie wyzwanie. Jeśli dla kogoś źródłem zadowolenia jest powiększanie materialnego bogactwa, to powinien jak najszybciej zastanowić się, co robić, by nie stać się z tego powodu nieszczęśliwym.

Mam wątpliwości, czy ten pesymizm jest uzasadniony. Na przestrzeni ostatnich dekad gospodarka światowa rosła, podczas gdy zużycie surowców było - dzięki energooszczędnym wynalazkom i zielonym technologiom - coraz mniejsze. Czy nie można sobie wyobrazić gospodarki, której wzrost nie podkopuje już fundamentów naszej cywilizacji?

- Innowacje techniczne nie będą już zwiększać dobrobytu. Nie polepszą przyszłym pokoleniom standardu życia. Zapychać będą te gigantyczne dziury otrzymane w spadku po nas - mamy systemy ubezpieczeń społecznych, które nie mają podstaw finansowych i produkują tylko obietnice bez pokrycia. Unia Europejska musi wykreować w najbliższych 20 latach dwa biliony euro, żeby powstrzymać ocieplanie temperatury na Ziemi poniżej dwóch stopni Celsjusza. A do tego dochodzi przepaść, jaka dzieli w rozwoju różne części świata. Cztery piąte ludzkości żyje na poziomie o wiele niższym niż my. To oczywiste, że muszą oni awansować. Ale to nie zwiększa naszego dobrobytu. Na przestrzeni ostatnich 40 lat PKB wzrosło nam pięciokrotnie. Nigdy w historii ludzkości czegoś takiego nie było. I już nie będzie.

Czy gospodarka nie funkcjonuje trochę jak rower albo samolot - działa, tylko dopóki porusza się do przodu?

- Oczywiście, jeśli mówię o stagnacji, to nie dotyczy to wszystkich dziedzin gospodarki. Będą z pewnością dynamiczne obszary, ale inne tym szybciej będą więdnąć. W ostatnich 45 latach wydobycie węgla kamiennego było w Niemczech subwencjonowane na sumę 200 miliardów euro. Bez tego ten przemysł by nie istniał. To samo dotyczy przemysłu stoczniowego. Dotychczas dbaliśmy o to, by dynamiczne branże ciągnęły gospodarkę w górę, a jednocześnie nie pozwalaliśmy, by nieefektywne obumierały w tempie wynikającym z ich niskiej produktywności. W przyszłości to będzie absolutnie niewyobrażalne.

Jeśli koniec epoki stałego wzrostu dobrobytu jest tak oczywisty, to dlaczego prawda ta nie może przebić się do świadomości społecznej? John Maynard Keynes już przed kilkudziesięcioma laty pisał, że na pewnym etapie rozwoju gospodarczego wzrost i pomnażanie dobrobytu nie będą konieczne.

- Wzrost gospodarczy i pomnażanie dobrobytu są religią Zachodu. To nie jest stwierdzenie rzucone, ot tak. Warunkiem pojawienia się tak niezwykłej dynamiki gospodarczej była utrata teocentryzmu. W końcu XVIII wieku ludzie zaczęli odwracać się od dotychczasowego obrazu Boga. Do tego czasu to wiara dawała sens istnieniu. Ludzie wierzyli, że po to są na ziemi, by chwalić Boga i dzięki temu dostać się do nieba. Ten cel został zarzucony, ludzie nastawili się na życie w świecie doczesnym. Sensem egzystencji stało się pomnażanie dobrobytu materialnego i wydłużenie życia. Wiara, że zawsze będzie to możliwe, ma wręcz religijne cechy.

O kapitalizmie jako religii najczęściej mówią jego radykalni lewicowi krytycy. Pan uchodzi za myśliciela o raczej konserwatywnych poglądach.

- Etykiety krytyka kapitalizmu nie przyjmuję. Kapitalizm jest całkowicie adekwatną formą funkcjonowania społeczeństwa, które swój cel widzi w mnożeniu materialnego bogactwa. Jego podstawą jest akumulacja kapitału. Ta strategia w całej rozciągłości się sprawdziła. Kapitalizm i indywidualizm: te dwa wielkie nurty doprowadziły nas do sukcesu. Ale jego dotychczasowy model i sposób myślenia już nie działają. O ile w przeszłości miały swoją wewnętrzną logikę, to właśnie się ona skończyła. To nie jest krytyka, tylko stwierdzenie faktu.

Pańska nowa książka, w której pisze pan o dobrobycie bez wzrostu gospodarczego, nosi tytuł "Exit", czyli "wyjście". Dokąd ono prowadzi? Jak można sobie wyobrazić społeczeństwo, które porzuciło wiarę we wzrost gospodarczy?

- Aż do początku epoki industrializacji praktycznie nie było wzrostu gospodarczego. Przez setki lat gospodarka rosła w minimalnym stopniu. Standard życia w końcu XVIII wieku nie różnił się aż tak bardzo od standardu życia pod koniec epoki starożytnej. Epoka wzrostu dotyczy tylko krótkiego czasu i niewielkiego regionu świata. Człowiek może więc funkcjonować bez wzrostu gospodarczego. Ale prawdą jest, że dzisiaj wszystkie instytucje społeczne nastawione są na wzrost i bez niego nie funkcjonują. Co robić w sytuacji, gdy nie możemy już na niego liczyć?

Zacznijmy od rynku pracy.

Filozofia wzrostu opiera się na postępach w produktywności: zakłada, że z coraz mniejszą liczbą zatrudnionych można produkować tyle samo albo zatrudniając tyle samo, można produkować coraz więcej. Tak to funkcjonowało od początku XIX wieku. Ale ta kalkulacja opierała się na fałszywym rachunku. Uważaliśmy, że liczy się tylko praca i kapitał, bo one najwięcej kosztują. Rzeczywistość jest inna. Około 60 procent postępu produktywności opiera się na wykorzystaniu zasobów naturalnych (przede wszystkim kopalnych źródeł energii) i bezpłatnej utylizacji odpadów. Musimy zaakceptować, że środowisko naturalne i jego zasoby to kluczowe pozycje w bilansie kosztów naszego procesu produkcji.

To samo dotyczy kosztów transportu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':