http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pogotowie, Ratunku

Judyta Watoła
2010-02-26, ostatnia aktualizacja 2010-02-26 10:25

Fot. Wojciech Olkusnik / Agencja Gazeta

Chory z drgawkami zostawiony w szpitalu bez neurologii, pacjenci ze złamaniami - tam gdzie nie ma ortopedii. Kiedy napisałem o tym raport, szef pogotowia złożył na mnie skargę w izbie lekarskiej

Prof. Cezary Pakulski: - Lekarz, który przychodzi do pogotowia, od razu słyszy, że od tego, dokąd jechać, jest nie on, ale dyspozytor
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Prof. Cezary Pakulski: - Lekarz, który przychodzi do pogotowia, od razu słyszy...
ZOBACZ TAKŻE

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



To słowa prof. Cezarego Pakulskiego, wojewódzkiego konsultanta medycyny ratunkowej w Zachodniopomorskiem. Szefowie szpitali zgłaszali mu, że karetki przywożą im chorych, którym nie mogą pomóc, bo nie mają odpowiednich oddziałów. I że ekipy pogotowia robią to celowo. Chodziło m.in. o pacjentów z zawałem serca i udarem mózgu.

Od poniedziałku "Gazeta" opisuje, jak w całej Polsce pogotowie wielu z nich wozi do zwykłych szpitali zamiast wprost do specjalistycznych ośrodków. A tylko one zawałowcom mogą udrożnić zatkane tętnice, a chorym z udarem podać lek rozpuszczający zakrzep. W obu przypadkach olbrzymie znaczenie ma czas. Według rejestru zawałów chory w Polsce jest dowożony na zabieg średnio po 4 godz. i 15 min od wystąpienia bólu.

Prof. Pakulski doprowadził do kontroli w zachodniopomorskim pogotowiu. Wyszły na jaw kolejne dramatyczne historie, np. z ofiarami wypadków. Niektóre przykłady:

*Szpital w Goleniowie dostał chorego z rozpoznanym zawałem. Choć lekarz z izby przyjęć niemal natychmiast potwierdził diagnozę, karetka, która go przywiozła, odjechała i trzeba było zamówić tzw. karetkę transportową ze Szczecina. Chory czekał na nią dwie godziny.

*Do szpitala w Dębnie, gdzie nie ma oddziału urazowo-ortopedycznego, pogotowie przywiozło sześciu pacjentów ze złamaniami kończyn i kręgosłupa. Niektórzy mieli złamania otwarte. Pogotowie ich zostawiło. Wezwane ponownie - przewiozło na ortopedię do innego szpitala.

*Szpital w Stargardzie Szczecińskim pokazał listę 32 pacjentów, których pogotowie przywiozło, choć ratownicy musieli wiedzieć, że pacjenci - dzieci potrzebujące chirurga, osoby z udarem mózgu, urazami głowy, zawałem serca, ze złamaniami i z drgawkami - nie otrzymają pomocy, bo szpital nie ma odpowiednich oddziałów.

Prof. Pakulski napisał w pokontrolnym raporcie wprost: motywem działań pogotowia jest chęć dodatkowego zarobku: od 255 do 425 zł za każdego pacjenta wożonego ze szpitala do szpitala.

Pogotowie za przywiezienie pacjenta z jego domu czy miejsca wypadku nie dostaje ekstra pieniędzy. To zadanie objęte rocznym kontraktem z NFZ. Wezwanie karetki przez szpital oznacza już jednak dodatkowy zarobek. Płaci szpital, który wzywa karetkę.

Roman Pałka, szef Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Szczecinie, tłumaczył się, że art. 44 ustawy o ratownictwie medycznym nakazuje transport chorego do najbliższego szpitala. Jednak prof. Pakulski wskazał, że art. 45 tej samej ustawy mówi, że w przypadkach uzasadnionych stanem chorego należy go zawieźć do najbliższego szpitala mającego możliwość udzielenia skutecznej pomocy.

Szef pogotowia odbija piłeczkę: nie ma rozporządzeń ministra zdrowia wymieniających, o jakie uzasadnione przypadki chodzi. - Żadne akty prawne nie zastąpią zdrowego rozsądku, zwłaszcza w takiej dziedzinie jak ratowanie życia i zdrowia - odpowiada na to wiceminister zdrowia Marek Haber. Mówi dobitnie: - O kierunku transportu decyduje stan pacjenta.

Prof. Pakulski: - W tej kontroli pomagali mi ludzie z pogotowia, inaczej trudno byłoby mi dotrzeć do tych wszystkich przypadków. Oni mają dość tej sytuacji, ale boją się otwarcie zabrać głos, bo WPR w Szczecinie obejmuje swym zasięgiem trzy czwarte województwa. Jeśli stracą pracę, nie mają szans na znalezienie nowej.

Szef pogotowia, też lekarz, uznał zachowanie profesora za nieetyczne, bo zgodnie z branżowym kodeksem lekarz nie powinien krytykować publicznie innego lekarza. Sprawą zajął się wojewódzki rzecznik odpowiedzialności zawodowej. Po kilku tygodniach umorzył postępowanie.

Kontrola niewiele dała. - W pogotowiu praktycznie zostało, jak jest. Lekarz, który przychodzi tam do pracy, już na wstępie słyszy, że od tego, dokąd jechać z pacjentem, jest nie on, ale dyspozytor - mówi prof. Pakulski.

Marek Haber po naszych informacjach zapowiada, że ministerstwo zbada sytuację w szczecińskim pogotowiu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 98 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    91 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':