Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
To słowa prof. Cezarego Pakulskiego, wojewódzkiego konsultanta medycyny ratunkowej w Zachodniopomorskiem. Szefowie szpitali zgłaszali mu, że karetki przywożą im chorych, którym nie mogą pomóc, bo nie mają odpowiednich oddziałów. I że ekipy pogotowia robią to celowo. Chodziło m.in. o pacjentów z zawałem serca i udarem mózgu.
Od poniedziałku "Gazeta" opisuje, jak w całej Polsce pogotowie wielu z nich wozi do zwykłych szpitali zamiast wprost do specjalistycznych ośrodków. A tylko one zawałowcom mogą udrożnić zatkane tętnice, a chorym z udarem podać lek rozpuszczający zakrzep. W obu przypadkach olbrzymie znaczenie ma czas. Według rejestru zawałów chory w Polsce jest dowożony na zabieg średnio po 4 godz. i 15 min od wystąpienia bólu.
Prof. Pakulski doprowadził do kontroli w zachodniopomorskim pogotowiu. Wyszły na jaw kolejne dramatyczne historie, np. z ofiarami wypadków. Niektóre przykłady:
*Szpital w Goleniowie dostał chorego z rozpoznanym zawałem. Choć lekarz z izby przyjęć niemal natychmiast potwierdził diagnozę, karetka, która go przywiozła, odjechała i trzeba było zamówić tzw. karetkę transportową ze Szczecina. Chory czekał na nią dwie godziny.
*Do szpitala w Dębnie, gdzie nie ma oddziału urazowo-ortopedycznego, pogotowie przywiozło sześciu pacjentów ze złamaniami kończyn i kręgosłupa. Niektórzy mieli złamania otwarte. Pogotowie ich zostawiło. Wezwane ponownie - przewiozło na ortopedię do innego szpitala.
*Szpital w Stargardzie Szczecińskim pokazał listę 32 pacjentów, których pogotowie przywiozło, choć ratownicy musieli wiedzieć, że pacjenci - dzieci potrzebujące chirurga, osoby z udarem mózgu, urazami głowy, zawałem serca, ze złamaniami i z drgawkami - nie otrzymają pomocy, bo szpital nie ma odpowiednich oddziałów.
Prof. Pakulski napisał w pokontrolnym raporcie wprost: motywem działań pogotowia jest chęć dodatkowego zarobku: od 255 do 425 zł za każdego pacjenta wożonego ze szpitala do szpitala.
Pogotowie za przywiezienie pacjenta z jego domu czy miejsca wypadku nie dostaje ekstra pieniędzy. To zadanie objęte rocznym kontraktem z
NFZ. Wezwanie karetki przez szpital oznacza już jednak dodatkowy zarobek. Płaci szpital, który wzywa karetkę.
Roman Pałka, szef Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Szczecinie, tłumaczył się, że art. 44 ustawy o ratownictwie medycznym nakazuje transport chorego do najbliższego szpitala. Jednak prof. Pakulski wskazał, że art. 45 tej samej ustawy mówi, że w przypadkach uzasadnionych stanem chorego należy go zawieźć do najbliższego szpitala mającego możliwość udzielenia skutecznej pomocy.
Szef pogotowia odbija piłeczkę: nie ma rozporządzeń ministra zdrowia wymieniających, o jakie uzasadnione przypadki chodzi. - Żadne akty prawne nie zastąpią zdrowego rozsądku, zwłaszcza w takiej dziedzinie jak ratowanie życia i zdrowia - odpowiada na to wiceminister zdrowia Marek Haber. Mówi dobitnie: - O kierunku transportu decyduje stan pacjenta.
Prof. Pakulski: - W tej kontroli pomagali mi ludzie z pogotowia, inaczej trudno byłoby mi dotrzeć do tych wszystkich przypadków. Oni mają dość tej sytuacji, ale boją się otwarcie zabrać głos, bo WPR w Szczecinie obejmuje swym zasięgiem trzy czwarte województwa. Jeśli stracą pracę, nie mają szans na znalezienie nowej.
Szef pogotowia, też lekarz, uznał zachowanie profesora za nieetyczne, bo zgodnie z branżowym kodeksem lekarz nie powinien krytykować publicznie innego lekarza. Sprawą zajął się wojewódzki rzecznik odpowiedzialności zawodowej. Po kilku tygodniach umorzył postępowanie.
Kontrola niewiele dała. - W pogotowiu praktycznie zostało, jak jest. Lekarz, który przychodzi tam do pracy, już na wstępie słyszy, że od tego, dokąd jechać z pacjentem, jest nie on, ale dyspozytor - mówi prof. Pakulski.
Marek Haber po naszych informacjach zapowiada, że ministerstwo zbada sytuację w szczecińskim pogotowiu.