Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
- Proszę mieć szacunek dla zmarłej. Niech pan pamięta, że Barbara Blida nie może się bronić - upominał Bogdana Święczkowskiego przewodniczący komisji
Ryszard Kalisz (Lewica).
- Ani pan, ani ja nie włożyliśmy jej broni do ręki. Jestem przeciwny robieniu z niej bohatera. Szacunek dla zmarłej nie oznacza, że nie mogę mówić prawdy - odpowiedział Święczkowski.
Święczkowski, który
ABW kierował od września 2006 do października 2007 r., to jeden z ostatnich świadków komisji. Został wezwany, bo w trakcie jej prac wyszło, że osobiście nadzorował śledztwo, w którym wiosną 2007 r. postawiono Blidzie zarzuty i mówił o nim ówczesnemu premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu.
Były szef ABW, który po wyborach 2007 r. został prokuratorem Prokuratury Krajowej (szczyt hierarchii prokuratorskiej, wysoka pensja, brak możliwości odwołania) zaczął od ataku na komisję. Złożył wnioski najpierw o odwołanie z komisji, a potem o wyłączenie z przesłuchania czwórki z siedmiorga posłów komisji: Danuty Pietraszewskiej (PO), przewodniczącego Kalisza, Tomasza Tomczykiewicza i Marka Wójcika (obaj PO). Powód? Opinie na jego temat, które wygłaszali w mediach. Nie poparł go nawet PiS.
Jako Ślązak, patriota i przyjaciel Ziobry Potem Święczkowski przystąpił do wygłoszenia trzygodzinnego oświadczenia. Zaczął od stwierdzenia, że nie było żadnej "sprawy Barbary Blidy", lecz sprawa mafii węglowej, którą się szczególnie interesował, jako "Ślązak z olbrzymim zaniepokojeniem obserwujący upadek przemysłu górniczego, powstawanie majątków mafijnych i nomenklatury".
- Byłem wychowany w rodzinie patriotycznej i antykomunistycznej. Dlatego zostałem prawnikiem. Chciałem w wolnej Polsce zaprowadzić demokratyczne zasady prawa - mówił. Ale to, co zobaczył jako młody prokurator, tuż po studiach nie było zgodne z jego ideałami: - Rauty prokuratorów, sędziów, policjantów i biznesmenów, wspólne picie wódki, bratanie się. Przestępcy naśmiewali się z prokuratury - opisywał.
Zmieniło się to, gdy w 2000 r. na czele Ministerstwa Sprawiedliwości stanął Lech Kaczyński.
- Skończyły się imprezki, ludzie wzięli się do pracy - oceniał.
Wiceministrem u Kaczyńskiego był Zbigniew Ziobro, przyjaciel Święczkowskiego ze studiów. To on ściągnął go do Warszawy w 2001 r. i po raz drugi w 2005, gdy PiS wygrał wybory.
Święczkowski czy Kaczyński, który mija się z prawdą? Święczkowski oświadczył, że miał pełne prawo nadzorować śledztwo, w którym występowała Blida, bo było ono zagrożone przedawnieniem części zarzutów. Również premier Kaczyński miał prawo i obowiązek organizować narady z prokuratorami, szefami policji i służb, by koordynować ich działania. Wbrew wcześniejszym zeznaniom (b. szefa policji i
MSWiA) Święczkowski twierdzi, że na naradach u premiera nie było mowy o zatrzymaniu Blidy. Mówił, że nie wymieniał jej nazwiska w rozmowie, którą miał z Jarosławem Kaczyńskim w kwietniu 2007 r. przed próbą zatrzymania Blidy przez ABW, podczas której posłanka postrzeliła się. To ciekawe, bo potwierdził to (m.in. w wywiadzie dla "Newsweeka") sam prezes PiS.
Święczkowski oświadczył też, że nie wiedział, że zatrzymanie będzie filmowane, a materiał miał zostać przekazany telewizji.
Dlaczego Blida zginęła? Święczkowski wygłosił teorię: przyczyną, z powodu której poczuła się zagrożona, miały być artykuły o mafii węglowej publikowane w lokalnym wydaniu "Gazety".
- Nie jestem psychologiem, ale wiem, że przekaz medialny wywołuje większe wrażenie niż działania służb - stwierdził. "Gazeta" w jego wystąpieniu pojawiała się jeszcze nieraz, bo od śmierci Blidy "przoduje w pisaniu nieprawdy". W związku z tym świadek zastanawia się, czy nie spalić 20 egzemplarzy, które ma w domu z czasów, gdy w 1989 r. zajmował się jej kolportażem. Zaraz potem powiedział, że jako szef ABW uzyskał "pozytywną opinię psychologa i psychiatry".
Obwinia Blidę, straszy karą boską Drugim winnym - po "Gazecie" - jest według Święczkowskiego sama Blida. Mimo że prokuratura postawiła jej tylko jeden zarzut (który potem się nie potwierdził), powiedział, że "dopuściła się szeregu przestępstw korupcyjnych na kilkaset tysięcy złotych". Nie podał żadnych dowodów, poza wielokrotnie już podważanymi zeznaniami b. posła
SLD Ryszarda Zająca.
To właśnie wywołało interwencję Kalisza. Na koniec Święczkowski oświadczył, że jest obiektem ataków politycznych, a "zawsze był apolityczny i działał w granicach prawa".
W czasie przesłuchania był równie pewny siebie. Przyznał, że funkcjonariuszom z Katowic i prowadzącemu śledztwo prokuratorowi powiedział, że centrala ABW da im "co tylko zechcą do tego postępowania". Tadeusz Sławecki (
PSL) zapytał, czy zawsze do spraw o pomówienie angażuje się tak duży aparat ścigania jak w przypadku Blidy (kilkunastu funkcjonariuszy, czterech prokuratorów). Poseł przypomniał, że postępowania skończyły się umorzeniem. Ale Święczkowski i tu miał odpowiedź: - To sprawa moich następców. Poniosą być może za to kiedyś odpowiedzialność karną, a może i boską, jeśli są wierzący.