W ukraińskim parlamencie, gdzie Janukowycz przysięgał wczoraj wierność narodowi z ręką na XVI-wiecznej Ewangelii Peresopnyckiej, nie było ustępującego prezydenta Wiktora Juszczenki, przegranej w wyborach premier Julii Tymoszenko, ani deputowanych z jej partii. Oboje stali na czele pomarańczowej rewolucji, która po sfałszowanych wyborach 2004 r. odebrała prezydenturę Janukowyczowi.
Po spotkaniu Janukowycza z Buzkiem ogłoszono, że w niedzielę wieczorem nowy prezydent, dawniej uważany za polityka prorosyjskiego i niechętnego Unii Europejskiej, pojedzie z wizytą do Brukseli. Dopiero potem poleci do Moskwy. Ma już też zaproszenie do Polski, które dostał od obecnego w Kijowie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W stolicy Ukrainy nie pojawił się natomiast wczoraj ani prezydent Rosji
Dmitrij Miedwiediew, ani premier
Władimir Putin.
Przed przysięgą Janukowycz zatrzymał się w kijowskiej cerkwi Ławra Peczerska, gdzie pobłogosławił go zwierzchnik rosyjskiej Cerkwii prawosławnej Cyryl. Ukraińscy nacjonaliści, którzy uznają patriarchat kijowski, a nie moskiewski, byli tym oburzeni. Z kolei zwolennicy Tymoszenko złowróżbnie przypominali, że przeżarty rdzą kijowski pomnik założycieli miasta - Kija, Szczeka, Chorywa i ich siostry Łybid - zawalił się dzień przed inauguracją. Niebiosa dały rzekomo jeszcze jeden znak, kiedy podmuch wiatru przymknął drzwi parlamentu przed nosem kroczącego po czerwonym dywanie Janukowycza. - Te zdarzenia nie były przypadkowe - zapewniał deputowany Bloku Julii Tymoszenko Wołodymyr Filenko.
Wieczorem, na skromnym poczęstunku po przysiędze, serwowano podobno ukraiński barszcz i pierogi. - Mamy teraz Wielki Post, państwo jest w kryzysie, a ludzie żyją w biedzie - wyjaśniała Anna Herman, doradca nowego prezydenta.