Od dzisiaj w kinach "Las" Piotra Dumały, debiut fabularny wybitnego twórcy animacji. Od dawna nikt do nas tak w kinie nie mówił - tak intymnie i z tak głęboką świadomością
Fot. materiały organizatora
Era Nowe Horyzonty. Film 'Las'
Stanisław Brudny (z lewej) i Mariusz Bonaszewski w filmie ''Las''
Dwie przenikające się akcje, dwie rzeczywistości dziejące się w tym samym czasie: w pokoiku z piecem kaflowym syn opiekuje się starym ojcem - a równocześnie ojciec i syn wędrują przez las. Zawsze razem, spięci ze sobą, skazani na siebie. Ojciec idzie pierwszy, szybkim krokiem, z kosturem, w czarnym szynelu, z wielką skórzaną torbą przewieszoną przez ramię. Syn ledwo za nim nadąża, skacze wielkimi susami. Naraz ojciec odwraca się z twarzą pełną milczącego wyrzutu i uderza syna w policzek.
Dokąd idą przez ten swojski, sosnowy las? Skąd nagle kameleon na gałęzi drzewa? Na przemian znajdujemy się w lesie i w pokoju ojca. Dwie rzeczywistości - jedna niby realna, druga wyobrażona - okazują się jednym i tym samym, jak w sztuce surrealistycznej, w grafikach Eschera, gdzie w tych samych kształtach widać na przemian raz ptaki, raz ryby.
W scenach dziejących się w pokoju role syna i ojca odwracają się. Ojciec śmiertelnie słaby, półprzytomny, spoczywa obnażony na krześle jak manekin. Syn obmywa go wodą z miski. Ciało ojca bezwładnie opada. Syn przywiązuje go do krzesła paskiem od spodni - pasek kojarzy się z czymś groźnym. Ten film, tak spokojny, utrzymany w tonacji nasyconej szarości, jest pełen ukrytej przemocy. To opis walki, jaką syn toczy z ojcem.
Żeby przenieść go na łóżko, schyla się nad nim, głowa przy głowie: "Obejmij mnie, tato, mocno". Jest w tym ogromna potrzeba bliskości, której zapewne nigdy między nimi nie było. Opiekowanie się ojcem, bezgraniczna cierpliwość syna - wszystko tu służy wyrównaniu rachunku, zmazaniu jakiejś obopólnej winy. Jednak próba zbliżenia się nie może być spełniona, nawet teraz. Ojciec, umierając, nadal góruje. Odtrąca syna.
Choć zarazem tam, w lesie, czuwa nad każdym jego krokiem: kiedy syn się skaleczy, natychmiast podbiega, żeby jak w dzieciństwie opatrzyć mu palec. Ale w tej wizyjnej rzeczywistości to przecież ojciec zabija syna. Co za niesamowita, wiele mówiąca figura: ojciec, umierając, równocześnie zabija. Biblijna historia Abrahama i Izaaka nie ma tu nic do rzeczy. Ta druga śmierć stanie się czymś symbolicznie oczyszczającym. Bo czy nie jest tak, że wraz ze śmiercią rodziców coś w nas się przemienia, oczyszcza? Kończy się wzajemna zależność, która bywa przyczyną tylu cierpień, gdy wzajemne stosunki upodabniają się do ról pana i niewolnika. Przenikliwie zanalizował to Kafka w słynnym „Liście do ojca”. W kinie bezwzględnie wydobył to Haneke w „Białej wstążce”, ukazując klęskę ojca boga.
Dumała z równą przenikliwością, choć z precyzją szczegółu właściwą twórcy animacji, analizuje bolesny konglomerat ojcowsko-synowskiej miłości, przywiązania, podległości i władzy. Ale idzie dalej niż Haneke. Wychodzi poza śmierć, dochodzi do pojednania.
Kluczem do zrozumienia "Lasu" jest obraz łodzi, którą ojciec płynie przez las. Woda jest przejrzysta. Zza kolejnych zakrętów wyłaniają się nowe wciągające widoki, ta rzeka jakby nigdy się nie kończyła. Ojciec stoi w łodzi, odpycha się od dna kijem. Kamera filmuje go z tyłu, to znów en face, unosi się. Naraz okazuje się, że łódź płynie sama, pusta. Nie ma ojca ani syna. Stali się jednym, zamienili się w czystą świadomość. Pozostaje bezosobowe spojrzenie, które jest także moim, widza, spojrzeniem. Zadatkiem bezbolesnej wieczności.
W przedziwny, poetycki sposób film o śmierci staje się filmem o wyzwoleniu. Za każdym razem, kiedy go oglądam, jestem uczestnikiem tajemniczego przeistoczenia. Przebywam wraz z bohaterem podwójną drogę: tę realną - sprowadzającą się do prostych czynności przy ojcu: gotowania, karmienia, mycia, wysadzania go - i tę wewnętrzną. Ten film ma hipnotyczny urok, te płynnie przewijające się, choć chwilami naturalistyczne obrazy sprawiają terapeutyczną przyjemność. Widz nie jest postawiony w roli podglądacza, staje się uczestnikiem procesu tworzenia.
Poddałem "Las" próbie podejrzliwości. Chciałem sprawdzić szwy, przyłapać reżysera na tym, jak łączy ze sobą część "realistyczną" z "wyobrażoną". Nie znalazłem szwów - są prawie niezauważalne. W naturalny sposób nagie gałęzie drzewa za oknem stają się lasem, ogień w piecu - leśnym ogniskiem. Z obrazu wchodzimy w obraz. Nad łóżkiem ojca wisi leśny pejzażyk Dumały. Ojciec jest częścią obrazu. Deszcz za oknem przefiltrowany przez firankę wyświetla swój obraz na ścianie pokoju. Kontempluję te obrazy razem z bohaterem filmu, nie czuję dłużyzn.
Wyobraźnia plastyczna Dumały i fotografia Adama Sikory spoiły się tu w organiczną całość. Mariusz Bonaszewski nie tyle gra, co jest figurą syna, Stanisław Brudny - ojca. Reżyser animowanego "Kafki" i "Zbrodni i kary" wielokrotnie wpisał w ten "Las" siebie. W prologu ukazującym skrót życia bohatera, z przeszywającym, groźnym refrenem ojcowskiej maszyny do cięcia metalu, Dumała przelatuje jakby swoją dawną animowaną twórczość eksploatującą koszmary dzieciństwa. Mówi: popatrzcie, to byłem ja. W filmie, który następuje potem, daje świadectwo wewnętrznej przemiany.
Kiedy ostatnio polski film mówił do mnie w ten sposób, sięgał tak głęboko? Kiedy nawiązywał z widzem taką - bynajmniej nie religijną - komunię, że nie sposób było oprzeć się poczuciu: to przecież o mnie, o moim ojcu, o jego umieraniu, moim dojrzewaniu, moim cierpieniu, mojej wolności. Kiedy ostatnio powstawało u nas kino tak intymne, a zarazem robione z taką świadomością, takim poczuciem panowania nad materiałem? Wieki temu. Może za czasów Hasa, Konwickiego?
"Las" Piotra Dumały to dzieło wielkiej odwagi pochodzące spoza naszego marnego czasu. Całe zwrócone do wewnątrz, a zarazem komunikatywne, jeśli tylko zechce się w nie wejść. Ten film będzie żył swoim życiem, nawet w minimalnej liczbie kopii, bez Oscarów, bez Złotych Niedźwiedzi, z wierną grupą widzów. Arcydzieło.