'Kłóciłam się z mężem, że bez przerwy go nie ma w domu. Wigilia - dyżur, Nowy Rok - dyżur, nie mówiąc już o niedzielach. Po pięciu latach stwierdziłam, że szkoda nerwów, bo to się nie zmieni' Przeczytaj wywiad ze Zbigniewem Religą z 2003 roku Bardzo tu dużo zdjęć męża. To nie boli? Są częścią tego domu, zawsze tu wisiały. Patrząc na nie, zastanawiam się, że męża nie ma. Niejednokrotnie łapię się na tym, że coś tam trzeba zrobić, a ja myślę: 'Muszę porozmawiać ze Zbyszkiem'. Jakby był w sąsiednim pokoju albo za chwilę miał wrócić. Dopiero od niedawna powoli zaczynam porządkować męża papiery.
Nadal ma pani jego komórkę? Tak, płacę co miesiąc abonament.
Czego najbardziej pani brak? Obecności. I rozmowy, kiedy mam podjąć jakąś decyzję, nawet błahą. Wyciąć drzewo na wsi, poprawić nagrobek teściów. Wtedy pojawia się ta myśl: 'Muszę ze Zbyszkiem porozmawiać'.
Jakie chwile ze wspólnego życia najczęściej do pani wracają? To zależy od nastroju, od dnia. Dziś przypomniałam sobie, jak jechaliśmy z dziećmi naokoło Europy i mąż całą drogę opowiadał im bajki o rudym kocie. Chyba najbardziej przeszłość wraca do mnie nad Bugiem. Najpiękniejsze chwile to te we dwoje tam. Mąż łowił ryby 15 metrów od domu. Ja czasem siedziałam z nim nad rzeką, czasem czytałam w domu i z tarasu wołałam go na obiad.
Przez ten ostatni rok potrafiła pani pojechać sama nad Bug? Nawet nie było to dla mnie trudne. Lubię tam być. Napalę w kominku, trochę pograbię, posadzę kwiaty. Mąż kiedyś powiedział, że ten dom powinien być dla naszego wnuka Maćka, bo on lubi siedzieć nad wodą, łowić ryby. Tym bardziej muszę dbać.
Jak poznała pani męża? Na drugim roku medycyny byliśmy w jednej grupie. Chodziliśmy z przyjaciółmi do kina, na kawę, lody. To nie było żadne olśnienie, miłość od pierwszego wejrzenia. Zbyszek zaczął mnie bardziej interesować tak od trzeciego roku. Podziwiałam jego pasję, zaangażowanie. Już wtedy chodził na dyżury na chirurgię. Wszystko między nami rozwijało się bardzo powoli.
A kiedy była już pani pewna, że to ten mężczyzna? Na piątym roku mnóstwo czasu spędzaliśmy tylko we dwoje. Przegadaliśmy wiele wieczorów i nocy. Chyba już byłam zakochana. Przed dyplomem wyjechałam na kilkumiesięczny staż do Francji. I tam poczułam, że bardzo mi Zbyszka brakuje. Po powrocie do Polski zaraz następnego dnia umówiliśmy się na długi spacer. Szliśmy nad Wisłą z Żoliborza na Powiśle. Całą drogę rozmawialiśmy i wtedy zdecydowaliśmy, że się pobierzemy.
Zamieszkaliście we własnym mieszkaniu? Od razu zamieszkaliśmy w tym domu na Powiślu, ale w innej klatce. W dwupokojowym mieszkaniu mojego brata i jego żony. Później przenieśliśmy się na Grochów do pokoju z kuchnią. Urodziła się Małgosia. Mąż dostał etat na chirurgii w Wyszkowie. Po trzech miesiącach powołano go na dwa lata do wojska. Najpierw był w Sandomierzu, a później udało mu się przenieść do jednostki lotniczej w Warszawie. Ja zaczęłam pracę w Zakładzie Fizjologii Akademii Medycznej. W tym czasie brat, który był kardiologiem, wyjechał na stałe do Stanów. Zostawił nam mieszkanie. Życie zaczynało się stabilizować. Ale było nam ciężko. Musiałam dawać korepetycje z biologii, chemii, fizyki. Miałam dwie uczennice, które prowadziłam do matury. Mąż dorabiał w pogotowiu, przychodni, gdzie się tylko dało.
Wszystko wskazywało, że to pani będzie robiła karierę. Pierwsza zaczęła pani pisać doktorat. Robiłam doświadczenia na pograniczu fizjologii i farmakologii. Sprawdzałam działanie różnych hormonów i leków na tak zwanych izolowanych narządach - sercu, tchawicy, przewodzie pokarmowym. To były jedne z pierwszych tego typu badań na świecie. Dostawaliśmy od firmy amerykańskiej próbki beta-blokerów. Teraz to standardowy lek we wszystkich chorobach serca. Później robiłam bardzo ciekawe badania na zwierzętach dotyczące układu krążenia.