http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kto poprowadzi górnika za rękę

Anna Stańczyk, Tomasz Głogowski
2010-02-25, ostatnia aktualizacja 2010-02-25 13:07

W zamian za odprawę odeszli z kopalń, ale okazało się, że nie poradzili sobie z życiem poza nimi. Dlatego dostaną asystentów. A ci pomogą im kupić buty, nauczą płacić rachunki i powiedzą, że przed rozmową kwalifikacyjną trzeba umyć zęby. Rozmowa z dr. Konradem Tauszem*

27 lipca 2004 r. Ostatnie dni pracy w likwidowanej kopalni Rozbark w Bytomiu. Górnicy przebierają się po ostatniej szychcie
Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
27 lipca 2004 r. Ostatnie dni pracy w likwidowanej kopalni Rozbark w Bytomiu...
ZOBACZ TAKŻE
Anna Stańczyk, Tomasz Głogowski: W latach 90. głośno było o górnikach, którzy dobrowolnie odchodzili z kopalń w zamian za wysokie odprawy, od 40 do 50 tys. zł. Ludzie zazdrościli im tych pieniędzy. Po latach widać jak na dłoni, że przegrali w zderzeniu z rzeczywistością. Jak to możliwe?

Dr Konrad Tausz: Ci ludzie nie byli przygotowani do skutków, jakie niesie tak ogromna zmiana w życiu. Byli przekonani, że to praca czeka na człowieka, a nie człowiek na pracę. Gdy przychodzili do kopalni, to przyjmowano ich z otwartymi ramionami, jak nie mieli kwalifikacji na dane stanowisko, to się ich przenosiło na inne. Po odejściu z kopalni w ogóle nie przypuszczali, że mogą mieć jakieś problemy z pracą. Byli o to dziwnie spokojni. Przygniatająca większość z tych (46 proc.), którzy wtedy odeszli z kopalń, w ogóle nie była zainteresowana szukaniem pracy, na pytanie: "Co teraz?" odpowiadała: "Teraz to ja chcę sobie odpocząć". I odpoczywali przez dwa, trzy miesiące. Aż nagle zaczynały się kończyć pieniądze, w domu robiło się nerwowo, bo żona naciskała, rodzina wywierała presję, że trzeba wziąć się do roboty. Więc górnicy szli szukać pracy i okazywało się, że to nie takie proste. Bo nawet jeśli ktoś był elektrykiem, to jego kwalifikacje z kopalni różnią się od tych na budowie. Poza tym tych ludzi nie interesowały oferty gorzej płatne, bo jak wiadomo, w kopalni nie zarabiali małych pieniędzy.

Taki górnik przechodził na drugą stronę, której kompletnie nie znał. Nie umiał załatwiać spraw w urzędach, składać wniosków, pisać CV.

Można powiedzieć, że są sami sobie winni. Przecież każdy z nas sam musi sobie radzić z urzędami, bankami i szukać nowej pracy, gdy ją straci lub z niej odejdzie. Nikt tego za nas nie zrobi.

- Ale nie każdy z nas pracował w kopalni. Trudno to zrozumieć, ale kopalnia to szczególne miejsce, które daje poczucie bezpieczeństwa. Tu wszystko jest pewne i na czas, wszystko tu można załatwić. Są wczasy, pożyczki, barbórka, wyprawka szkolna dla dzieci.

Wtedy zabrakło szkoleń dla tych górników, a nawet nie tyle dla nich, co dla ich żon. Nie doceniono wówczas roli kobiety w górniczej rodzinie. A ta rola jest bardzo ważna, trudno sobie wyobrazić rodzinę górnika, w której on sam podejmuje ważne decyzje. Zawsze ostatnie słowo ma kobieta i to nieważne, czy chodzi o wyjazd na urlop, edukację dzieci, czy zmianę pracy męża.

Czego należało uczyć żony na szkoleniach?

- Gospodarowania domowym budżetem. Rodzina to takie małe przedsiębiorstwo, ma przychody, wydatki, plany, inwestycje. I nagle to przedsiębiorstwo przechodzi kryzys. Trzeba sobie umieć z nim radzić, a bez przygotowania to trudne.

Należało powiedzieć wtedy ludziom, żeby ostrożnie podchodzili do ofert kredytowych, że pożyczka nie załata domowego budżetu, ale może wpędzić rodzinę w długi, że jednego kredytu nie wolno spłacać kolejnym. Ludzie tego nie wiedzieli i kuszeni ofertami banków wpadali w spiralę długów. Słyszałem, że górnicy masowo dostawali wtedy oferty np. od salonów samochodowych na kupno aut po korzystnych cenach.

Nie popełnię błędu, jeśli powiem, że ponad 90 proc. górników, którzy wzięli odprawy w ramach pakietu socjalnego, nie zdawało sobie sprawy, że muszą zapłacić od nich podatek, czyli w następnym roku muszą wpisać je do zeznania podatkowego. To był dla nich szok. A wystarczyło im to powiedzieć wcześniej na szkoleniu.

Tak samo jak to, że te 50 tys. to nie majątek i nie ustawi ich do końca życia. Moi sąsiedzi zdecydowali, że mąż weźmie odprawę i odejdzie z kopalni. Natychmiast kupili używany samochód, telewizor i meble. Przez jakiś czas sąsiadka jeździła do supermarketu taksówką. Po pół roku z pieniędzy nic nie zostało, a oni rozpaczali. Gdyby górnicy mogli cofnąć czas, ponownie zdecydowaliby się na dobrowolne odejście z kopalń za odprawy?

- Kiedy pytaliśmy o to w badaniach, większość odpowiadała, że nie wzięłaby odprawy. Bo widzą, do czego to ich doprowadziło. Tylko u 10-12 proc. górników, którzy wzięli odprawy albo przeszli na urlop górniczy (maksymalnie przez pięć lat otrzymywali 75 proc. dotychczasowego wynagrodzenia), warunki życia się polepszyły. U 30 proc. są bez zmian. A cała reszta ledwo wiąże koniec z końcem. Albo nie wiąże. Dotknęło ich wykluczenie społeczne: mają utrudniony dostęp do pracy, edukacji, świadczeń, opieki zdrowotnej. Mało tego, w rodzinach pojawiły się agresja, alkohol, narkotyki. Nie radzą sobie z problemami, które narastają. Najgorsze, że wykluczenie przenosi się na całą rodzinę i następne pokolenia, bo przecież dzieci tych górników też mają dzieci. To błędne koło.

Wzięli odprawy i podpisali cyrograf. Do kopalni już nie wrócą
W latach 1999-2001 z górnictwa odeszło 100 tys. ludzi. Prawie 37 tys. górników skorzystało wtedy z górniczego pakietu socjalnego: wzięli jednorazowe odprawy - średnio po 44 tys. zł - i podpisali zobowiązanie, że już nigdy do kopalń nie wrócą. Słynny GPS kosztował budżet państwa prawie 2 mld zł. Pieniądze na ten cel pożyczył nam Bank Światowy, a reformę uznawano za sukces rządu AWS-UW. Odprawy rzeczywiście pozwoliły zmniejszyć zatrudnienie w górnictwie, ale wzbudziły też kontrowersje. Już z pierwszych badań przeprowadzonych w latach 1999-2001 przez naukowców z Głównego Instytutu Górnictwa wynikało, że część górników przejadła odprawy. Zamiast na szukanie pracy czy założenie własnej firmy przeznaczyli je na samochody, meble czy wczasy. Gdy skończyły się pieniądze, wiele górniczych rodzin zostało wykluczonych społecznie. Po dziesięciu latach potwierdziły to badania przeprowadzone przez GIG wspólnie ze Stowarzyszeniem Gmin Górniczych. Ich efektem ma być specjalny program wsparcia dla górników i ich rodzin.



Ale chcecie im w tym pomóc, przydzielając asystentów.

- W zeszłym roku czytałem w "Polityce" o tym, że David Freud, doradca Tony'ego Blaira, dziesięć lat temu postanowił, że 80 proc. Anglików zdolnych do pracy będzie pracowało. W skrócie: wymyślił, że prywatne firmy (zwane providerami) zajmą się osobami, które mają trudności z powrotem na rynek pracy, nawet po 20 latach bezrobocia. Zawierają one kontrakt z rządem i otrzymują pieniądze za każdego bezrobotnego wprowadzonego na rynek pracy. Okazało się, że przy ścisłej współpracy z takim człowiekiem udaje się go odwrócić. Oczywiście trwa to kilka lat i jest kosztowne, ale w ostateczności bardziej się państwu opłaca, bo te osoby wypadają z systemu opieki społecznej, zarabiają na siebie, napędzają koniunkturę, kupując. I płacą podatki. W Polsce pracuje tylko 48 proc. ludzi zdolnych do pracy, a w Wielkiej Brytanii ten wskaźnik przekracza teraz 70 proc.

Postanowiliśmy wykorzystać te doświadczenia w Wodzisławiu Śląskim i Czerwionce-Leszczynach, typowo górniczych miejscowościach. Jesteśmy na początku drogi, ale chcielibyśmy odwołać się do systemu providerów, czyli asystentów.

Co będzie robił taki asystent?

- Prowadził byłego górnika za rękę. Uczył go niektórych rzeczy od samego początku, tak jak dziecko w szkole. Pójdzie z nim do sklepu kupić buty, żeby miał porządne, kiedy pójdzie na rozmowę kwalifikacyjną. Zabierze do lekarza, namówi na wyleczenie zębów, bo jak taki górnik kiedyś był kelnerem i teraz myśli o powrocie do tego zawodu, to bez zębów będzie mu trudno. Pracodawca o tym doskonale wie, a bezrobotny już niekoniecznie, bo dla niego rzeczy oczywiste często takie nie są.

Asystent na przykład usiądzie z rodziną przy stole i wspólnie ustalą budżet, tak był dał szansę wyjścia z długów.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Chcesz iść na mecz? Idź do kina

Łatwiej chyba polecieć na Marsa niż dostać się na mecz naszej reprezentacji

Michał Boni U Agnieszki Kublik: Rząd dostał lekcję

- Proszę mi pokazać innego premiera, polskiego czy ze świata, który potrafił w tak trudnej sytuacji powiedzieć 'przepraszam' i zacząć tę trudną debatę

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W piątek z ''Gazetą'':

  • Gazeta Telewizyjna