Od początku roku protestowali już greccy rolnicy, celnicy, urzędnicy ministerstwa finansów, taksówkarze. Środowy 24-godzinny strajk generalny był jednak największy. Jeden dzień przestoju greckiej gospodarki to koszt rzędu kilkuset milionów euro.
W Salonikach protestowało na ulicach 7 tys. osób, w Atenach około 30 tys. Policja użyła gazu łzawiącego, by powstrzymać krewkich demonstrantów. Rannych było kilka osób.
- Dzisiaj oczy Europy są zwrócone na nas, demonstrujemy za nadzieję i przyszłość - mówił na wiecu w Atenach Yannis Panagopoulos, szef związku zawodowego GSEE.
Greccy związkowcy chcą zablokować reformy, m.in. cięcie pensji w sektorze publicznym, podwyżki podatków i wieku emerytalnego. Wybrany jesienią 2009 r. lewicowy rząd chce w ten sposób załatać ogromną dziurę w budżecie, która w zeszłym roku sięgnęła 12,7 proc.
PKB (dla porównania deficyt Niemiec to 3,3 proc. PKB, a Polski 7,2 proc. PKB), i ograniczyć rosnący błyskawicznie
dług publiczny - 300 mld euro.
Wzywają do tego Komisja Europejska i Europejski Bank Centralny - w obawie, że niewypłacalność Grecji zachwieje wiarygodnością i stabilnością całej strefy euro. Tylko w tym roku kraj musi pożyczyć 53 mld euro, by pokryć państwowe wydatki. - Grecji może grozić bankructwo - ostrzegają finansiści.
- Musimy zrobić wszystko, by zagwarantować wprowadzenie w życie programu oszczędności - powiedziała w poniedziałek kanclerz Niemiec Angela Merkel. Gdyby
Grecja potrzebowała pomocy Europy, większość poszłoby z kieszeni niemieckich podatników, bo Niemcy to największa gospodarka UE. Na razie jednak o konkretnych pieniądzach nie ma mowy, a unijni przywódcy kilkanaście dni temu ograniczyli się jedynie do poparcia starań greckiego rządu.
Dlatego Ateny muszą do połowy marca udowodnić Brukseli i krajom strefy euro, że ich działania przynoszą rezultaty. Rząd zobowiązał się, że zredukuje w 2010 r. deficyt z 12,7 do 8,7 proc. PKB. W ciągu roku musi więc zmniejszyć dziurę w finansach publicznych o blisko 10 mld euro!
- Jeśli cięcia wejdą w życie,
bezrobocie wystrzeli do góry - alarmuje Stathis Anestis ze związku GSEE. - Nasz kraj wejdzie w głęboką recesję.
Z sondaży wynika jednak, że mniej więcej sześciu na dziesięciu Greków rozumie i popiera rządowe reformy. - Związkowcy też są gotowi do poświęceń, ale chcą, by za oszczędności płacili bogatsi, a nie najbiedniejsi - mówi "Gazecie" Kostis Papadimitriou, grecki dziennikarz ekonomiczny. Podobnie jak jego koledzy, w środę nie pracował. Do strajku przyłączyło się bowiem stowarzyszenie dziennikarzy, a łamistrajkom grozi wykluczenie ze związku.
Zdaniem ekonomistów reformy to jedyny sposób, by Grecja odzyskała wiarygodność. Nadszarpnęła ją nie tylko fatalna sytuacja finansów, ale też oszustwa w greckich statystykach oraz ujawnione niedawno podejrzane operacje finansowe rządu sprzed kilku lat, które miały ukryć skalę greckiego zadłużenia.
Grecki kryzys zatacza coraz szersze kręgi - ekonomiczne i polityczne. Okładkę ostatniego numeru niemieckiego tygodnika "Focus" zdobi grecki posąg pokazujący środkowy palec, a tytuł brzmi: "Kanciarze w eurorodzinie". Niemcy - największy kraj UE - denerwują doniesienia, że miałyby wziąć na siebie największy ciężar ewentualnej pomocy dla Grecji. Wykluczył to zresztą we wtorek niemiecki minister finansów, tłumacząc, że Grecy sami muszą zacisnąć pasa.
W odpowiedzi grecki wicepremier Theodoros Pangalos w wywiadzie dla BBC zarzucił Niemcom, że... Grecja nigdy nie uzyskała rekompensaty za nazistowską okupację w czasie II wojny światowej. - Zabrali greckie
złoto, zabrali greckie pieniądze i nigdy nie oddali. To temat, którym trzeba się będzie zająć w przyszłości - stwierdził. - Nie mówię, że muszą oddać te pieniądze, ale powinni przynajmniej powiedzieć "dziękuję".
Niemcy odbijają piłeczkę. - Dyskusja o przeszłości nie pomoże rozwiązać greckich problemów - powiedział rzecznik niemieckiego resortu spraw zagranicznych Andreas Peschke.