Prokuratorskie podsłuchy, które zostały wczoraj ujawnione przez włoskie media, jednoznacznie pokazują, że senator Nicola Di Girolamo z centroprawicowej partii Lud Wolności premiera Silvia Berlusconiego był marionetką w rękach kalabryjskiej 'Ndranghety, czyli najpotężniejszej mafii w Europie. - Dla mnie, Nico, możesz zostać nawet prezydentem republiki. I tak zawsze będziesz naszym portierem - mówił senatorowi mafijny pośrednik Gennaro Mokbel.
Di Girolamo wysługiwał się mafijnym bossom zarówno we Włoszech, jak i za granicą. Podróżował po całym świecie, inwestując powierzone przez nich brudne pieniądze i uczestniczył w szemranych transakcjach mafijnych firm na terenie Unii Europejskiej. "Senator nigdy nie działał na własną rękę. Pracował dla mafii na pełnym etacie" - napisał wczoraj
dziennik "La Repubblica".
Przypadek Di Girolama potwierdza, że mafia nie tylko usiłuje przekupić lub szantażem zmusić aktywnych polityków do współpracy, lecz także potrafi wykreować na osoby publiczne swych zaufanych, lecz kompletnie nieznanych ludzi. Di Girolamo został wybrany na senatora w 2008 r. w okręgu obejmującym Włochów zamieszkałych za granicą, co wskutek braku zainteresowania mediów tym szczególnym okręgiem ułatwiło mafijną manipulację.
Wprawdzie szybko po wyborach okazało się, że Di Girolamo wbrew wymogom ordynacji nie mieszka na stałe poza Włochami, ale zwolennicy szybko załatwili mu lewy adres w Belgii. A centroprawicowa większość w Senacie nie pozwoliła na wymierzenie sprawiedliwości za to fałszerstwo, bo nie zgodziła się przed rokiem na aresztowanie Di Girolamo. - Znowu mnie prześladują. W życiu nie miałem kontaktów z ludźmi mafii - bronił się wczoraj senator, lecz media błyskawicznie odpowiedziały publikacją jego zdjęć z przywódcami 'Ndranghety.
Przypadek senatora to element wielkiego śledztwa w sprawie wyprania co najmniej 2,2 mld euro przez współpracowników mafii w dwóch dużych włoskich firmach telekomunikacyjnych - Fastweb oraz Telecom Sparcle. Prokuratura wydała w ostatnich dniach blisko 60 nakazów aresztowania, które obejmują przede wszystkim biznesmenów z Rzymu oraz włoskiego Południa, gdzie ogromnymi wpływami cieszą się cztery największe włoskie grupy mafijne - kalabryjska 'Ndrangheta, sycylijska Cosa Nostra, apulijska Sacra
Corona Unita oraz neapolitańska camorra.
Choć prokuratorskie zarzuty wobec Di Girolama są dla włoskiej opozycji potwierdzeniem, że koalicja Berlusconiego nie dba o uczciwość swych polityków, to w rzeczywistości na Południu żadna z dużych partii nie radzi sobie z mafią. Przed kilku laty wprowadzono tam nawet zakaz wnoszenia aparatów fotograficznych i telefonów komórkowych robiących zdjęcia do lokali wyborczych, bo ludzie mafii lub ci, którzy sprzedali jej swe głosy, robili zdjęcia swych kart wyborczych, aby udowodnić mafiosom, że wywiązali się z wyborczej transakcji.
'Ndrangheta kontroluje około 3,5 proc. włoskiego
PKB i czerpie zyski z handlu narkotykami, haraczy oraz najbardziej dla niej intratnego przechwytywania kontraktów budowlanych. Choć włoskie media od wielu lat wymieniają z nazwy miasta, gdzie mafia prowadzi ślimaczące się i pochłaniające góry pieniędzy budowy szpitali, szkół lub oczyszczalni, to nikt nie potrafi ukrócić tego mafijnego biznesu.