- Zawiedliśmy was. Przepraszamy za to, że nie zawsze słuchano waszych wołań o pomoc - mówił Gordon Brown podczas ceremonii w Londynie z udziałem 40 osób, które przeszły przez piekło sierocińców. Brytyjski premier, który za przesiedlenia dzieci przeprosił cztery miesiące po przeprosinach premiera Australii Kevina Ruuda, obiecał też powołanie specjalnego funduszu na rzecz łączenia rodzin ofiar przesiedleń.
Chodzi o rządowy program dziecięcej emigracji, który zakończył się 40 lat temu. Sierotom i dzieciom z biednych, patologicznych czy rozbitych rodzin na Wyspach w wieku od 7 do 14 lat obiecywano świetlaną przyszłość za oceanem - w Kanadzie, Australii czy Nowej Zelandii. Te, które nie chciały jechać, były okłamywane, że ich rodzice zmarli. Ojcowie i matki mieli z kolei solenne zapewnienia rządowych organizacji, że ich pociechy są w dobrych rękach.
Ale dzieci często trafiały do kościelnych sierocińców i państwowych domów dziecka, gdzie były zmuszane do niewolniczej pracy na roli i nierzadko molestowane. I tak np. John Hennessy, obecnie burmistrz leżącego na przedmieściach Sydney Campbelltown, przypłynął do Perth w 1947 r. Do dziś w uszach dźwięczy mu powitanie arcybiskupa miasta: - "Witajcie w Australii, potrzebujemy was jako dobrej białej siły roboczej".
Hennessy trafił do otoczonego wyschniętym buszem Fremantle w Australii Zachodniej - do instytucji zwanej Bindoon prowadzonej przez irlandzką Kongregację Braci w Chrystusie. Prowadził ją chory z ambicji zakonnik, który chciał stworzyć najlepszy katolicki sierociniec na ziemi. Zmuszał więc dzieci do pracy od świtu do zmierzchu. Niepokorni byli rozbierani do naga, molestowanie seksualne było na porządku dziennym, zdarzały się gwałty.
W program przesiedleń dzieci - oprócz rządu brytyjskiego i władz państw Wspólnoty Brytyjskiej (dziś Wspólnoty Narodów) - zaangażowane były Kościoły anglikański i katolicki oraz organizacje charytatywne.
Źródło: Gazeta Wyborcza