W poniedziałek prezydent ogłosił zręby kolejnej propozycji, jutro ma spotkać się z przedstawicielami opozycji republikańskiej i przez kilka godzin przed kamerami telewizji dyskutować o tym, jak ma wyglądać reforma systemu zdrowia.
System opieki zdrowotnej, oparty na prywatnych ubezpieczeniach (z reguły oferowanych przez pracodawcę), toczy poważny kryzys. Koszty i składki ubezpieczeniowe rosną w oszałamiającym tempie. W efekcie coraz więcej osób (lub ich firm) decyduje się nie wykupywać ubezpieczenia - dziś nie ma go w
USA ok. 46 mln ludzi.
Prace nad ustawą zdrowotną trwają w Kongresie prawie rok. Swoje wersje reformy przegłosowały już i Izba Reprezentantów, i Senat. Jednak z upływem kolejnych miesięcy poparcie społeczne dla reformy maleje - w ostatnim sondażu telewizji CBS starania Obamy popiera już tylko 36 proc. Amerykanów. W dodatku w styczniu Demokraci, partia prezydenta, stracili w wyniku wyborów uzupełniających w Massachusetts bezpieczną większość 60 głosów w stuosobowym Senacie. Dziś Republikanie, mając 41 senatorów, mogą w praktyce blokować ustawy, w tym ostateczne głosowanie nad ujednoliconą ustawą o reformie zdrowia.
Mimo to Obama zdecydował się jeszcze raz na ofensywę polityczną, by ustawę przez Kongres przepchnąć. W poniedziałek ogłosił uaktualnione propozycje, oparte głównie na starej wersji senackiej.
Zrezygnował z forsowanego przez Demokratów w Izbie Reprezentantów powołania państwowej firmy, która konkurowałaby na rynku z prywatnymi ubezpieczycielami po to, by zbijać ich koszty i składki. Zachował za to propozycję wprowadzenia obowiązku ubezpieczenia się. Osoba, która się nie ubezpieczy, będzie musiała zapłacić karę w wysokości 2,5 proc. dochodów, firmy zatrudniające powyżej 50 osób - 2 tys. dol. kary od każdego pracownika. Osoby słabiej zarabiające mogłyby liczyć na dopłaty do składek ubezpieczeniowych ze strony państwa.
Plan Obamy zakłada też, że specjalna komisja państwowa miałaby prawo blokować ubezpieczycielom podwyżki składek, jeśli uznałaby, że są za wysokie. Wprowadza też dość duże oszczędności w systemie opieki zdrowotnej dla emerytów Medicare.
Republikanie, którzy jutro spotkają się z Obamą, z miejsca odrzucili jego propozycje, mówiąc, że w ogóle nie wziął on pod uwagę ich postulatów. To nie do końca prawda - nowy plan Obamy otwiera np. częściowo, co postulowała prawica, zamknięte dotąd stanowe rynki - teraz ubezpieczyciel będzie już mógł sprzedawać polisy w innych stanach.
Jednak Obama nie zmierzył się z innym problemem sygnalizowanym przez Republikanów - gigantycznymi kosztami odszkodowań sądowych za błędy szpitali czy lekarzy. Prezydent tego nie rusza, bo jego partia dostaje na każde wybory miliony od jednego ze swych wpływowych lobby - grupy prawników od odszkodowań. Z podobnych powodów (prócz ideowych) Republikanie sprzeciwiają się ustanowieniu państwowych limitów na wysokość składek - ubezpieczyciele z kolei tradycyjnie dają pieniądze właśnie prawicy.
Republikanie - i tu mają słuszność - skarżą się też, że nie wiadomo, ile tak naprawdę nowe propozycje Obamy będą kosztować (rząd mówi o 950 mld dol.), a ile ewentualnie przyniosą w przyszłości oszczędności. Kongresowe Biuro Budżetowe, zajmujące się takimi szacunkami, stwierdziło, że nową propozycję rząd zgłosił zbyt późno, by ją w tym tygodniu ocenić.
Wiele wskazuje więc na to, że jutrzejszy "szczyt zdrowotny" Obamy z Republikanami nie skończy się wypracowaniem kompromisu. Prezydentowi pozostanie wówczas jedno rozwiązanie - skorzystanie przy tworzeniu ostatecznej wersji ustawy z rzadko stosowanej w Kongresie techniki "pojednania" między Senatem a Izbą Reprezentantów.
Wówczas w Senacie do przegłosowania reformy Obamie nie byłoby potrzeba 60 głosów (których nie ma), lecz wystarczyłaby zwykła większość 51 (tyle ma). Obama i Demokraci naraziliby się na zmasowaną krytykę opozycji, że uciekają się do kruczków prawnych (legalnych, ale stosowanych w niezwykłych okolicznościach). Nawet jeśli Obama się na to zdecyduje, nie jest pewne, czy zdobędzie wówczas większość w Izbie, losy reformy tak czy owak są więc niepewne.
Prezydent chce jednak postawić teraz sprawę na ostrzu noża. Dlaczego? Bo w ostatnich tygodniach komentatorzy zaczęli reformę zdrowia nazywać "Irakiem Obamy" - sztandarowym projektem, którego realizacja się ślimaczy, a brak sukcesów coraz mocniej ciąży prezydentowi w sondażach. Obama i jego doradcy zdecydowali się więc na gambit: albo reforma, która ma dać ubezpieczenie 31 mln ludzi, przejdzie głosami Demokratów, albo upadnie, ale wówczas prezydent będzie pokazywał, że sam zrobił wszystko, co w jego mocy, i obwiniał Republikanów.
Obama liczy, że to samo zrobią wyborcy i w jesiennych wyborach do Kongresu ukarzą opozycję, a nie Demokratów. Co ciekawe bowiem, z sondaży wynika, że choć większości Amerykanów nie podobały się dotychczasowe propozycje prezydenta, to prawie dwie trzecie reformy w jakiejś formie chce.
Jeden z najbliższych współpracowników Obamy mówi "Washington Post": - To jest nasza ostatnia szansa na reformę systemu zdrowia.