Kiedy Jarosław Kaczyński walczył o zwycięstwo
PiS w wyborach parlamentarnych 2007, było oczywiste, że w ramach kampanii wyborczej jako szef partii pretendującej do zwycięstwa powinien odbyć debatę z szefem drugiej pretendentki Donaldem Tuskiem. Wszyscy tej debaty oczekiwali i to, że Jarosław Kaczyński jakoś się nie kwapi, budziło powszechne zdziwienie. Jarosław zwlekał, aż wreszcie ogłosił, że odbędzie debatę z Aleksandrem Kwaśniewskim. Dlaczego? Aaaa ! Na to pytanie czekał Jarosław z wewnętrznym uśmiechem od ucha do ucha, bo przygotował sobie odpowiedź, która miała Donalda Tuska sprowadzić do parteru. Spotkam się z Aleksandrem Kwaśniewskim, bo chcę pogadać z szefem, a nie jego podwładnym - oświadczył. Wyobrażam sobie, jak musiał się cieszyć prezes Jarosław, gdy wpadł na ten pomysł. Wyjaśnienie, dlaczego nie rozmawia z Tuskiem, tylko jego zwierzchnikiem, powtarzał przy różnych okazjach i dziecięca radość emanowała z jego dostojnej zazwyczaj postaci. Propaganda PiS w owym czasie dodatkowo utwierdzała wszystkich w przekonaniu, że największym wstydem dla partii z rodowodem solidarnościowym byłoby zawarcie jakiegokolwiek paktu z lewicą. Koalicja z Samoobroną to była smutna konieczność, koalicji z lewicą nie usprawiedliwiało nic.
Mamy rok 2010, sojusz PiS i
SLD w komisji hazardowej, w Polskim Radiu, a przede wszystkim w
TVP trwa i krzepnie. Mimo pewnych zadrażnień. Anita Gargas ("Misja specjalna") traci właśnie stanowisko szefowej publicystyki, bo - według słów zawartych w proteście Klubu Lewicy do prezesa TVP - film o gen. Jaruzelskim "odbiega znacząco od standardów, jakimi powinna kierować się
telewizja publiczna". Wiadomo, że standard właściwy to atakowanie wspólnego wroga, czyli PO, a nie wzajemne kopanie się po kostkach. Ale to mało znaczący epizod, raczej - znów - folgowanie odruchom naturalnym PiS, które nakazują przystępować do niszczenia koalicjanta nazajutrz po podpisaniu układu. Koalicji nie grozi szybki koniec, ponieważ opiera się ona na solidnych podstawach wspólnoty interesów, a także zbieżności ideowej. Ostatecznie PiS to lewica, tyle że chodzi do kościoła, a SLD nie chodzi. No i może totalitaryzm dla SLD to wspomnienie przeszłości, a dla PiS upragniona przyszłość. Poza tym nie ma przeszkód, by rozwijała się dalsza owocna współpraca.
Nie ma w tym nic zdrożnego, taka jest logika
gry politycznej. Tylko czasem tak mnie korci, żeby spytać, czy ktoś przypadkiem nie szykuje się do jakiejś dyskusji z kierownictwem PiS, bo może wtedy zamiast Jarosława zaprosiłby Grzegorza Napieralskiego?