Stepan Rudik: - Taka banda może powstać właściwie na każdym podwórku.
W Kijowie jest ich około 150-200. Mogą liczyć od 5 do 50 członków. To dzieciaki w wieku 11-14 lat, głównie uczniowie podstawówek. Bandy mają swoje nazwy, kodeksy, według których funkcjonują. Mówią o sobie: chuligani, skinheadzi. Różnie. Nie zawsze wiedzą, co mówią.
Raz w miesiącu spotykają się na ustawki. Bandy z różnych dzielnic dogadują się między sobą, spotykają się za miastem, żeby nie rzucać się ludziom w oczy. Każda grupa wystawia taką samą liczbę walczących - pięciu, dziesięciu, dwudziestu. Ściana na ścianę. I wsio. Poszli.
Ustawki nie mają tworzyć hierarchii band, nie są walkami o terytorium. Dla nich to po prostu rodzaj sportu.
Zasady? Leżących się nie bije. Walczą do "pierwszej krwi", choć tak naprawdę chodzi o to, żeby powalić i unieruchomić przeciwników. Tak by nie mogli walczyć dalej.
Od dziesięciu lat jestem fotoreporterem, ale byłem w szoku, jak szybko to się stało. Kilka razy nacisnąłem spust i już było po walce. Nie trwała nawet minuty. Chciałem krzyknąć: możecie to powtórzyć?
Walkę obserwują "eksperci" wytypowani przez każdą z grup. To oni potwierdzają, że walka skończona. Wskazują zwycięzcę. Są też widzowie, znajomi walczących chłopaków. Tacy jak ja. Robią zdjęcia, kręcą filmy komórkami. Ja przyszedłem z dużym, profesjonalnym aparatem. Musiałem robić zdjęcia ze sporej odległości. Nie pozwolono mi podejść bliżej.
Nie chciałem pokazywać twarzy tych chłopaków. Wielu ukryłem w cieniu, odcinałem oczy. Oczywiście na niektórych zdjęciach są twarze i mimo wszystko można ich rozpoznać. One nie pokazują jednak konkretnych ludzi. Mówią o zjawisku. Te dzieciaki przeżywają pierwszy zryw ambicji. Trzeba je gdzieś ulokować. W idei - nawet głupiej. Albo w grupie. Bo przynależność do grupy daje poczucie siły.
Te dzieciaki nie tylko się biją, ale wykrzykują nacjonalistyczne hasła zmieszane z kibolskimi śpiewkami. Ale jeszcze nie znają wagi i konsekwencji tego, co robią, co mówią. Myślę, że wykorzystują to starsi. Mafie, skinheadzi przyglądają się tym chłopcom, szukając narybku.
Różnie nazywałem ten reportaż: "Młode psy", "Walki uliczne"...
Wysyłając go na konkurs World Press Photo, nadałem mu tytuł "Antysport".
Chciałbym wejść w ten temat dużo głębiej, pokazać dzień codzienny tych band, sposoby, w jakich praktykują swoje zasady, reguły. Zawsze interesowało mnie to, co znajduje się na granicy między normą i patologią.
Fotoreportaż. Może nawet lepiej powiedzieć: fotodziennikarstwo, bo dziennikarstwo jest zawsze na pierwszym miejscu. Gdy przychodzisz do człowieka, o którym robisz temat, to najpierw godzinę z nim rozmawiasz, a potem dziesięć minut robisz zdjęcia. Zawsze w takiej kolejności. A bywa i tak, że zagadasz się i nie zostaje już czasu na zrobienie zdjęć. Musisz przyjść jeszcze raz. Trzeba przeniknąć człowieka, poznać go. Kompozycja zdjęcia to rzecz drugorzędna.