Właśnie wszedł na ekrany kin w Polsce film "Tlen" w reżyserii Iwana Wyrypajewa. Zakochuje się tam pani w facecie, który zabił żonę łopatą i jeszcze coś tam jej odrąbał. - To oczywiście metafora. Film jest skonstruowany jako dziesięć klipów, każdy dotyczy jednego z biblijnych przykazań. Daje szansę sprawdzić sens Dekalogu w dzisiejszym świecie. "Nie zabijaj", "nie kradnij" mówimy automatycznie, nie zastanawiając się, co to tak naprawdę dla nas dzisiaj znaczy.
"Tlen" jest popisem dwójki aktorów i pani debiutem w języku rosyjskim. - Bardzo długo uczyłam się technicznie roli, żeby na planie nie myśleć, gdzie postawić akcent. Dwa miesiące z hakiem siedziałam i codziennie tłukłam tekst, mnóstwo dynamicznego tekstu, wypowiadanego w rytmie muzyki. Nagrywałam się na kamerę, żeby popatrzeć na usta, stosowałam różne dziwne metody i wszystko to bardzo mi potem pomogło. W poprzednich filmach albo mnie dubbingowano, albo grałam dziewczynę z Polski, która mogła sobie mówić, jak chciała. Poza tym kręciliśmy "Tlen" na taśmie, którą trzeba oszczędzać, z cyfrą pracuje się inaczej. Była jeszcze obawa, jak donieść ten tekst z ekranu. Widziałam, jakie ogromne wrażenie robił na widzach spektakl "Tlen", który wcześniej przez kilka lat wystawiano w Moskwie. W filmie dla uzyskania podobnego efektu musieliśmy szukać zupełnie innych środków.
Marzyła pani o tym, by film był w Polsce dubbingowany, zwłaszcza że sama podłożyłaby pani głos pod swoją rolę. - Dystrybutor - Era Nowe Horyzonty - zdecydował się na wersję z napisami. Trochę żałuję, bo głównym bohaterem naszego filmu jest tekst i polski widz może nie nadążyć za taką ilością napisów. Z drugiej strony zachowana zostanie melodia języka rosyjskiego, co też ma swoją wartość.
Ale "Tlen" ma tak wartką i przejrzystą akcję, że ona sama sporo widzom wyjaśni. Występuje pani w nim w dwóch postaciach: jako brunetka w okularach rapuje pani w studiu przed mikrofonem, a jako ruda Sasza miota się pani po Rosji i zagranicy. - Sceny w studiu nakręcono w Moskwie prawie na żywo - mówiliśmy tekst w rytmie muzyki, co rejestrowała kamera. Trwało to dwa tygodnie, od rana do wieczora. Do każdej jest ilustracja w postaci klipu. Klipy kręciliśmy na moście i na autostradzie w Moskwie, na dworcu i ulicach prowincjonalnego Sierpuchowa. Najbardziej zróżnicowana kompozycja to "Czwartek". Wania miał pomysł, że bohaterowie zgubili się w świecie. Szukają się gorączkowo i za każdym rogiem okazuje się, że są w innej części kuli ziemskiej. Byliś-my w Hongkongu, w Hawanie, Rzymie, Londynie, Damaszku, pojeździliśmy sobie. Poza "Czwartkiem" bardzo lubię kompozycję "Świat arabski" i ten monolog, który mówię po polsku, siedząc na parapecie okna. To polemika z poprzednią sekwencją filmu.
Są kadry poświęcone atakowi na World Trade Center i publicystyczna wypowiedź reżysera o islamie. - Każda z religii może być inspiracją dla pełnowartościowej ścieżki duchowej. Nie należy utożsamiać islamu z terroryzmem. Środki masowego przekazu tworzą stereotypy, które część ludzi przyjmuje bezkrytycznie. Ale w tym fragmencie mowa jest raczej o cienkiej granicy między miłością i nienawiścią. Bohaterowie stawiają sobie pytanie o to, jak rozumieć przykazanie "Nie zabijaj" w dobie terroryzmu i wojny w Iraku.
Po premierze ekipa "Tlenu" jeździła prezentować go w dużych miastach rosyjskich. Jak was przyjmowano? O co ludzie pytali? - Byliśmy w Nowosybirsku, Permie, Irkucku, Niżnim Nowgorodzie, Woroneżu. Widzowie zaczepiali nas na ulicach, żeby porozmawiać. Po każdym seansie odbywały się gorące dyskusje. Ludzie starsi głównie pytali o narkotyki. Na ekranie jest pole konopi, ale nie uprawiamy propagandy narkotyków. Reklama grzybków halucynogennych ma sens ironiczny, jest żartem. Oboje z Iwanem nie bierzemy narkotyków, nie palimy, prawie nie pijemy. Skoro jednak robimy film o współczesnej młodzieży, trudno, abyśmy uczynili z narkotyków tabu. Dla naszych bohaterów tematem jest miłość, seks, podróże, ale też narkotyki, polityka, wojna w Iraku, terroryzm.
Czego się pani nauczyła dzięki "Tlenowi"? - Języka rosyjskiego. Dostałam też dyplom aktorki, która może uczestniczyć w zdjęciach podwodnych, aktorki-nurka, przeszłam specjalny kurs. To z rzeczy technicznych, o których łatwiej jest opowiedzieć. Ujęcie pod wodą kręciliśmy dwa dni. Wcześniej nigdy nie zajmowałam się nurkowaniem nawet prywatnie, więc to wszystko było bardzo ciekawe.
Ile pracowaliście nad sceną zabijania pani przez milicję? - O, to poszło łatwo, dałam się szybko ukatrupić, bo mam doświadczenie, już kilka razy strzelano do mnie na planie. Najbardziej pamiętam, jak mnie zabijali w pierwszej części "Oficera". Rozluźniam ciało i daję się ponieść impulsowi. Uderzenia kuli nie ma, jest jakiś dźwięk, po którym przyklejony na moim ciele nadajnik wybucha czerwoną farbą. Trzeba to wszystko po prostu zsynchronizować.
Czy znajomość Rosji zmieniła coś w pani życiu? - Tam się żyje mniej wygodnie, na każdym kroku coś człowiekowi przeszkadza, atakuje go. Dlatego nie można się rozleniwić, jest stała mobilizacja wewnętrzna. W pracy twórczej to bardzo pomaga. Bo myślę, że nadmierny komfort grozi marazmem duchowym. Moskwa jest jednak miastem bardzo inwazyjnym, po kilku tygodniach pobytu tam zaczynam marzyć, by zamieszkać na łonie przyrody. Na razie z różnych względów jest to niemożliwe.