Nieoczekiwany powrót po latach. Ostatni album Gil Scott-Heron wydał 16 lat temu. Potem były narkotyki i więzienie. Ale zanim trafił na dno, uczciwie zapracował na miano gwiazdy soulu, legendy r'n'b, ojca chrzestnego hip-hopu i poety rapu. Gdy postanowił przerwać trwające ponad półtorej dekady milczenie i znowu pojawił się w studiu, ustawiła się do niego kolejka chcących pomóc mu w nagraniach muzyków z Damonem Albarnem na czele. Efekt sesji jest porywający. To nie do końca płyta z piosenkami. Bardziej album mówiony.
Scott-Heron, kiedyś znany przede wszystkim jako funkowo-jazzowy wokalista, teraz głównie recytuje swoje opowieści i wiersze na tle mrocznych, triphopowych podkładów. Tylko od czasu do czasu dorzuca do tego słowno-dźwiękowego kolażu jakąś pełnoprawną piosenkę. Na przykład cover bluesa Roberta Johnsona "Me And The Devil" przerobiony na dramatyczny, ciężki hip-hop albo własną kompozycję "New York Is Killing Me", w której spotykają się elektronika i klasyczna soulowa melodia. "I'm New Here" skutecznie przytłacza dusznym, mocno zadymionym klimatem, od którego trudno się uwolnić. Słuchanie tego materiału to wątpliwa rozrywka. Ale kto powiedział, że zawsze musi być miło, lekko i przyjemnie?