Ktoś rozpuścił wieść, że będzie to szczególny rodzaj terapii. Pewnie słowo "terapia" wpadło mu do głowy ot, tak i dalej poszło świat, bez głębszego zastanowienia. Rychło dodano, że może to będzie nawet terapia szokowa, co zabrzmiało jeszcze lepiej, bo mocniej. I tak rozniosło się, w Polsce i po świecie, że tej jesieni obóz śmierci Auschwitz-Birkenau będzie areną czegoś nowego: pensjonariusze zakładów karnych odwiedzą hitlerowskie kacety.
Była to - przyznajmy - wiadomość bardzo pikantna: więźniowie i Auschwitz.
Wiemy wszak, że Auschwitz to zło absolutne. Zaś więzienia, nawet w dzisiejszej Polsce, są dla ludzi zepsutych, złych i bardzo złych; dobry człowiek w więzieniu nie siedzi. Może więc - taka była intencja słów o terapii - po kilkugodzinnym zetknięciu ze złem absolutnym ci bardzo źli staną się tylko źli, a źli - prawie dobrzy.
Albo - stanie się coś jeszcze innego.
Słowem - tak się zdaje, gdy pomyślimy o intencjach - może ktoś, kto siedzi za kradzież czy rozbój, zmieni się, gdy zobaczy tony włosów, których niemiecki przemysł nie zdążył przerobić na koce lub płótno. A więc - przestanie rozbijać komuś szczęki, naciągać banki na kasę lub kraść.
Chyba nikomu nie przyszło do głowy (prócz tych, którzy wiedzieli; wszak nie była to wiedza tajemna), że wizyty więźniów w Auschwitz nie są niczym odkrywczym; już ubiegłego lata była tu grupa z zakładu karnego w pobliskiej Trzebini. Ani też - że jakiś czas wcześniej przyjechali do Oświęcimia Irlandczycy z Ulsteru, w których biografiach zaplątał się terroryzm, bomby, ból i śmierć. Zjechali jako ludzie już wolni, lecz - opowiadają w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau - w zorganizowanej grupie, choć nawet to nie jest do końca pewne, bo w gruncie rzeczy słaba jest pamięć o tej wycieczce. Czego mieli doświadczyć? Co przeżyć? Czego się nauczyć ponad to, czego uczą się wszyscy zwiedzający obozy śmierci, pod warunkiem że mają taką wolę? Nie wiadomo, bo o wycieczce eksterrorystów z Irlandzkiej Armii Republikańskiej pracownicy Muzeum dowiedzieli się post factum; z tego powodu są nawet trochę wkurzeni.
Kiedy pracownicy Muzeum oraz funkcjonariusze służby więziennej raptem usłyszeli, że razem wezmą udział w jakiejś terapii, włosy stanęły im na głowie. Lecz z pomysłu nie zrezygnowali.
***
Zręby pomysłu pojawiły się trzy lata temu, gdy z Muzeum wysłano pierwsze publikacje o Auschwitz do więzienia w Rzeszowie. Następnego roku - do krakowskiego aresztu śledczego. Niebawem pracownicy Muzeum pojechali do więzienia w Sztumie. Powiadają, że podczas opowieści o koncentraku zobaczyli (może lepiej - poczuli) na sali wielkie skupienie.
Działalność edukacyjna Muzeum skierowana jest głównie do uczniów, studentów i nauczycieli. Niekiedy pojawiają się w Auschwitz zorganizowane grupy żołnierzy i duchownych. Więźniowie - to był eksperyment. Po pierwsze więc, tylko tacy, którzy mają zgodę na czasowe wyjścia za kraty, odsiedzieli znaczną część wyroku lub odbywają karę w systemie półotwartym. Po wtóre, tacy, którzy wcześniej będą przygotowani do tego, co zobaczą.
I tak po więzieniach w Małopolsce ruszyła wystawa o historii Auschwitz. Pokazano ją po raz pierwszy w Tarnowie, akurat w rocznicę pierwszego transportu 728 więźniów politycznych, wcześniej przetrzymywanych właśnie w tarnowskim kryminale. 29 plansz ze zdjęciami i, siłą rzeczy, skrótowym tekstem: "Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej - Holocaust", "Niewolnicza praca więźniów", "Terror, system kar", "Egzekucje", "Eksperymenty medyczne".
Przed każdą planszą pracownik Muzeum wygłaszał króciutki wykład: informacje najprostsze, podstawowe, jak w encyklopedii. "
Niemcy w Auschwitz zagazowywali Żydów". "Było kilka kategorii więźniów, różnie oznakowanych. Zielone trójkąty - to więźniowie funkcyjni, nadzorcy pozostałych. Wybierano ich z kryminalistów". "Pseudolekarze eksperymentowali na dzieciach". I tak dalej.
Jeden z więźniów - młody, rosły chłopak - zemdlał. Klawisz musiał odprowadzić go do celi.
Ktoś powiedział: - Tych, których Niemcy wywieźli do Auschwitz na zatracenie, pilnowali inni więźniowie, kryminalni, jak my. Nie dałbym rady, wolałbym umrzeć.
Może ktoś z pracowników Muzeum czekał na właśnie takie zdanie.
***
Pogoda pod psem, mokro i zimno, jak to w pierwszych dniach listopada. Tam, gdzie wydają słuchawki niezbędne podczas zwiedzania, tłok i szum; akurat zjechały szkolne wycieczki. Wiadomo jednak, że grupa z zakładu karnego będzie jakoś szczególna. Wprawdzie przyjadą z własnej woli, w normalnych ubraniach (więzienny drelich w Auschwitz - to byłaby dopiero gratka), lecz pod specjalną opieką, bo bez opieki nigdzie i nic im nie wolno. Wiadomo też, że na żadną inną grupę nie czekają telewizyjne kamery ani dziennikarze.
I żadnej innej grupie nikt z zewnątrz nie zada pytania: co taka wycieczka ma dać? Antoni Stańczyk z biura edukacji Muzeum Auschwitz mówi jednak, że żadnych specjalnych przygotowań nie było, że wszystko odbędzie się tak, jak powinno się odbyć: przejście pod bramą "Arbeit macht frei", spacer po blokach z czerwonej cegły, alejkami, wśród mokrych trawników. Zobaczą to samo co inni. Ludzkie włosy za szybą, nieco zetlałe; obcięto je wiele lat temu. Okulary, druciane i szylkretowe, raczej z tych niemodnych. Dziecinne ubranka. Protezy kończyn. Walizki.
Dalej będzie: cela, gdzie zagłodzono św. Maksymiliana. Miejsce, w którym modlił się Ojciec Święty, wyróżnione, a jakże. Pierwsza komora gazowa, gdzie dopiero eksperymentowano z cyklonem B, więc skazani umierali godzinami. Podwórko ze ścianą śmierci (tam rozstrzeliwano), drewniane rusztowania (tam wykonywano karę "słupka", wielogodzinną, straszniejszą niż ukrzyżowanie), szubienica (zadyndał na niej też Rudolf Höss, komendant obozu), krematorium.
I tak czekamy, pośród uczniowskiego gwaru, bo (wiadomość dotrze niebawem) zepsuł się autobus, więc osadzeni przyjadą później. To ważny drobiazg, warto o nim pamiętać.