Kim jest Traviata?
- To postać autentyczna. W XIX-wiecznym Paryżu zbudowała niezwykłe imperium. Miała
16 lat, kiedy przyjechała do Paryża, i w ciągu trzech lat stała się najważniejszą damą półświatka. Prostytutką analfabetką, w której kochali się artyści i dżentelmeni. Stworzyła salon sztuki. Po jej śmierci ustawiła się kolejka nie tylko wierzycieli, ale i tych, którzy usiłowali kupić fragmenty jej garderoby czy perfumy, aby poznać tajemnicę jej stylu. Musiała mieć niezwykłą osobowość.
Jednym z kluczy do tej postaci była dla mnie Dita von Teese. Amerykańska gwiazdka striptizerka, celebrytka [aktorka, modelka i była narzeczona Marilyna Mansona], która do perfekcji opanowała pastisz retro.
Ale Traviata to postać tragiczna.
- To kobieta, która systematycznie traci złudzenia. Do tej pory w "Traviacie" śmierć była tylko luksusowym dodatkiem do melodramatu. U mnie jest inaczej. Świadomość śmierci to sytuacja graniczna, która powoduje kompletne przewartościowanie myślenia o życiu.
Choroba jest w pana "Traviacie" tematem najważniejszym?
- Opowiadam tę historię z dystansem i ironią. Dokładnie tak jak w filmie "Cały ten zgiełk" Boba Fosse'a. To jest wspaniała i efektowna opowieść o świecie musicalowych artystów, o atmosferze zabawy i szaleństwa, która zakrywa temat śmierci. Moja "Traviata" mówi też o tym, że w życiu codziennym śmierci nie ma. Temat ten jest wstydliwie wyparty. Istnieje tylko w nas. Traviata przewartościowuje swoje życie, uwalnia się od świata wiecznej zabawy, ale wie też, że miłość nie jest dla niej możliwa i niczego nie zmieni. Kiedy zyskuje tę świadomość, uwalnia się, rodzi się na nowo.
Ale Alfredo do niej wraca.
- Tego nie wiem. U mnie Traviata marzy o tym, żeby wrócił. Ale kiedy się pojawia, mam wrażenie, że to już tylko jej złudzenie, że ona jest już w tunelu śmierci.
Happy end w wersji Verdiego byłby dziś zbyt trywialny?
- Kto chce takiego finału, ten go zobaczy. Dla mnie ciekawsze jest to, że w finale Traviata śpiewa o przedziwnej radości. Ostatnie słowo tej opery to "szczęś-cie". Dla mnie to szczęście wyzwolenia.
Ta kobieta jest już wolna od gry, od miłości i od kariery. To jest historia dojścia do świętości bez tych wszystkich mieszczańskich bibelotów - bez prostytutki, bez nawrócenia, bez rodziny.
Bo dziś historia nawrócenia prostytutki to zużyty temat?
- Po dziesiątkach filmów i książek, które mówią o biednych zbłąkanych kobietach spod latarni, nie jest to już interesująca historia.
Zbudowałem opowieść o dojrzewaniu duchowym kobiety, która w konfrontacji ze śmiercią całkowicie weryfikuje to, kim była do tej pory. Moja Traviata jest gwiazdą kabaretu, miejsca tandetnej sztuki, takiego Crazy Horse. To jest cały jej świat. I nie jest tak, że przychodzi młody chłopiec, składa jej propozycję, a ona nie ma wyboru. Traviata ma gdzie i jak żyć. Wybiera Alfreda, ale zostawia dla niego świat, który był dla niej ważny.
To jest Traviata w wersji feministycznej.
- Ona wyznaje pierwszą zasadę prostytutki: nie uznaje miłości, bo miłość oznaczałaby dla niej samozatracenie i uzależnienie. I nagle spotyka młodego człowieka, który ją kocha i kruszy ten jej pancerz. W tym momencie następuje genialny zabieg Verdiego - odwrócenie ról. Chłopak, który brzydził się prostytutką, sam w ciągu sekundy się nią staje. Bo Alfredo zostaje utrzymankiem Traviaty.
Czy znów możemy spodziewać się w pana inscenizacji publicystyki?
- Nie. Sztuka w moim pojęciu dotyczy spraw wiecznych.
Źródło: Duży Format