Zaledwie trzy dni temu prezydent Afganistanu Hamid Karzaj wystąpił w parlamencie ze zdjęciem ośmioletniej sieroty, której 12 krewnych zginęło w ataku rakietowym w prowincji Helmand, mateczniku talibów. Od ponad tygodnia trwa tam największa ofensywa sił koalicji od amerykańskiej inwazji w 2001 r. - Wzywam żołnierzy NATO, żeby starali się unikać niewinnych ofiar! - dramatycznie apelował Karzaj, trzymając w ręku fotografię dziewczynki.
Ostatni tragiczny nalot nie ma nic wspólnego z ofensywą w Helmandzie. Na głównej szosie sąsiedniej prowincji Uruzgan żołnierze NATO zlokalizowali w niedzielę trzy furgonetki i uznali, że jadą nimi talibowie. Tymczasem znajdowało się w nich 42 cywilów, w tym kobiety i dzieci. W nalocie zginęło co najmniej 27 z nich, a 12 zostało rannych.
- Jesteśmy głęboko zasmuceni tragiczną stratą ludzkich istnień - mówił generał Stanley McChrystal, dowódca sił koalicji w Afganistanie. - Zdajemy sobie sprawę, że takie wypadki podkopują naszą wiarygodność i zdwoimy wysiłki, żeby ją odzyskać.
Po ostatniej serii pomyłek NATO, której najbardziej krwawym akordem było zabicie przez Niemców około 140 cywilów w prowincji Kunduz we wrześniu ub.r., McChrystal znacznie zaostrzył procedury kontrolne poprzedzające decyzję o bombardowaniu. Jednak ich interpretacja zależy w dużym stopniu od dowódców na polu walki - np. w Iraku żołnierze amerykańskiej piechoty morskiej (obecnie walczący w Helmandzie) łatwiej podejmowali decyzje o bombardowaniach niż inne jednostki.
W zeszłym roku w Afganistanie zginęło około 2,4 tys. cywilów - najwięcej od początku wojny. Nie wszyscy byli ofiarami bomb NATO-wskich. Choćby wczoraj we wschodnim Afganistanie samobójca wysłany przez talibów zdetonował bombę na zebraniu miejscowej starszyzny, zabijając 14 osób, w tym przywódcę plemiennego hadżiego Zamana Gamszarika, który wsławił się męstwem w walkach z armią radziecką w latach 80.
Źródło: Gazeta Wyborcza