Zaczęło się w miniony weekend, kiedy lewicowy "The Observer" opublikował fragmenty książki swego publicysty Andrew Rawnsleya "The End of the Party" ("Koniec Partii"). Z ujawnionych fragmentów mającej ukazać się 1 marca książki wynikało, że szef brytyjskiego rządu krzyczy na współpracowników i przeklina, a nawet łapie ich za kołnierze.
Według Rawnsleya, który ma dość dobre kontakty w środowisku rządzącej Partii Pracy, Brownowi zdarzyło się np. ściągnąć z krzesła sekretarkę, bo rzekomo zbyt wolno zapisywała to, co jej dyktował. Innym razem zbeształ pracującego dlań dziennikarza, który śmiał wytknąć podobieństwo między jego przemówieniami a mowami Billa Clintona i Ala Gore'a. Raz podobno uderzył ze złości w tylny fotel samochodu, a siedzący w nim współpracownik zasłonił się, myśląc, iż cios jest wymierzony w niego.
W niedzielę do obrony szefa przystąpili ministrowie Browna z najbardziej zaufanym Peterem Mandelsonem na czele. Zarzucili Rawnsleyowi, że zawarł w książce "całkowicie bezpodstawne złośliwe stwierdzenia". Sam Brown w wywiadzie dla "Independenta" stwierdził, że dziennikarz kłamie - bo choć premier ma na sumieniu "kilka ostrzejszych zagrań w rugby" i bywa czasem zły na samego siebie, to "nigdy nikogo nie uderzył".
Wówczas do akcji wkroczyła Christine Pratt z National Bullying Helpline, niezależnej organizacji zwalczającej przypadki zastraszania w miejscu pracy. Przyznała, że na gorącą linię NBH dzwoniły trzy-cztery osoby z Downing Street 10 (adres siedziby premiera), skarżąc się na straszną atmosferę w miejscu pracy. - Osobiście rozmawiałam z jedną z nich przez telefon - mówiła Pratt. - Nie twierdzę, że Gordon Brown jest tyranem, ale jestem zbulwersowana tym, że zaprzecza się informacjom bez podjęcia odpowiednich kroków.
Na Wyspach rozpętała się prawdziwa burza. Przywódcy opozycji - partii liberałów Nick Clegg i konserwatystów David Cameron - wezwali do wszczęcia śledztwa.
Partia Pracy odrzuciła te sugestie i przystąpiła do ataku na szefową NBH (ciesząca się osobistym poparciem Davida Camerona), zarzucając jej związki z opozycyjnymi torysami. Według nich konserwatywni posłowie mieli w niedzielę namawiać dziennikarzy, by skontaktowali się pilnie z panią Pratt, gdyż ona przekaże im bardzo ciekawe wiadomości.
W poniedziałek minister Peter Mandelson mówił bez ogródek, że doszło do "politycznej operacji mającej osłabić premiera". Przychylni laburzystom komentatorzy wskazywali zaś, że zarówno ujawnienie fragmentów książki, jak i rewelacje szefowej gorącej linii dla ofiar tyranów w pracy dziwnie zbiegły się w czasie z ofensywą polityczną Partii Pracy, która wciąż liczy na zwycięstwo w wyborach do Izby Gmin mających odbyć się najpóźniej na początku czerwca.
W odróżnieniu od charyzmatycznego Tony'ego Blaira Gordon Brown nigdy nie budził skrajnych emocji - uchodził za polityka dość bezbarwnego i nudnego. Kiedy kampania wyborcza 2010 r. weszła w końcową fazę, spece od wizerunku zaczęli pracować nad postrzeganiem Browna, któremu w powszechnym odczuciu brakowało "ludzkiego oblicza". To dlatego niedawno w telewizyjnym wywiadzie oglądanym przez ponad 4 mln telewidzów o mało nie rozpłakał się, opowiadając o śmierci swego dziecka przed kilkoma laty. Do tabloidów przeciekły informacje, że premier zaczął dbać o linię i zamiast kilku czekoladowych batoników woli jeść zdrowe banany.
Źródło: Gazeta Wyborcza