Sejm rozpoczął prace nad projektem ustawy o parytecie autorstwa Kongresu Kobiet Polskich. Ustawa zakłada wprowadzenie 50-proc. parytetu dla kobiet na listach wyborczych do Sejmu, Parlamentu Europejskiego i samorządów. Jeśli partia nie dotrzyma parytetu, jej listy nie będą zarejestrowane.
Jednak grupa posłów
PiS chce zaproponować coś zamiast parytetu - partie, które wprowadzą do parlamentu najwięcej kobiet, dostałyby więcej pieniędzy z budżetu.
To pomysł posłanki Beaty Kempy (członkini hazardowej komisji śledczej), ale projekt ustawy piszą młodzi posłowie PiS
Mariusz Kamiński i Adam Hofman. Ma być gotowy w tym tygodniu. Jak mówią politycy, będzie to projekt grupy posłów, a nie klubowy, bo w PiS nie ma jednego stanowiska w sprawie parytetu.
- Parytet na listach nie daje gwarancji, że w Sejmie będzie więcej kobiet. Co z tego, że partie oddadzą kobietom połowę miejsc na listach, skoro będą to np. ostatnie miejsca, z których nie wchodzi się do parlamentu? - mówi "Gazecie" Hofman. - Uznaliśmy, że lepiej nagradzać za efekty. Ideałem byłoby, gdyby w Sejmie było 50 proc. kobiet. Ugrupowanie, które najbardziej zbliży się do tej optymalnej liczby, dostanie dodatkowe pieniądze. To zmotywuje partie, żeby wyszukiwać atrakcyjne kandydatki, przygotowywać je do startu w wyborach i dawać im dobre miejsca na listach - dodaje Hofman. Zastrzega, że o zwiększeniu wydatków na partie nie ma mowy, premie za kobiety mają mieścić się w dzisiejszym budżecie dla partii.
Jednak propozycja posłów PiS budzi kontrowersje.
- Dodatkowe pieniądze za mandaty na pewno zwiększyłyby liczbę kobiet w polityce. Ale to kojarzy mi się z handlem. I nie ma nic wspólnego z ideą parytetu, gdzie mówimy o równym starcie kobiet i mężczyzn w polityce - mówi posłanka Agnieszka Kozłowska-Rajewicz (PO). - To jest traktowanie kobiet przedmiotowo. Będą się pojawiać w polityce, bo ktoś za nie - dosłownie - zapłaci. I to jest upokarzające, a nie parytet - podkreśla Kozłowska-Rajewicz.
Jednak posłanka Joanna Kluzik- Rostkowska (PiS) zwraca uwagę, że w podobny sposób premiuje się np. firmy, które prowadzą politykę prorodzinną. - W przygotowywanej w Sejmie ustawie prorodzinnej jest zapis, że pracodawca, który zatrudnia rodzica powracającego z urlopu macierzyńskiego lub wychowawczego, jest zwolniony z niektórych składek. Dla firm, które będą robić u siebie żłobki, też chcemy wprowadzać ulgi. W takim mechanizmie nie ma nic złego - przekonuje Kluzik-Rostkowska.
Pomysł PiS popiera też prof.
Magdalena Środa z Kongresu Kobiet Polskich. Ale nie zamiast parytetu. - Każdy pomysł, który będzie promował kobiety, jest dobry - mówi Środa. - Jednak dla mnie podstawą jest wprowadzenie parytetu. Dawanie dodatkowych pieniędzy partiom, które wprowadzą do parlamentu najwięcej kobiet, mogłoby być mechanizmem wspierającym parytet - podkreśla Środa.
Obywatelski projekt ustawy o parytecie został przekazany w czwartek do sejmowej komisji. Jednak 50-proc. parytetu najprawdopodobniej nie uda się uchwalić. Na razie ustawę poparł tylko
SLD. PO, PiS i
PSL są w tej sprawie mocno podzielone. Platforma zapowiada poprawkę wprowadzającą 30-proc. parytet.
- Będziemy monitorować działania poszczególnych partii w sprawie ustawy o parytecie i informować o nich wyborców - mówi prof. Środa. Kobiety z Kongresu Kobiet wybierają się też do premiera Donalda Tuska, żeby przekonał Platformę do poparcia parytetu. W niedawnym wywiadzie dla "Gazety" Tusk mówił, że jest za parytetem.