Rozmowa z Anatolijem Jabłokowem Wacław Radziwinowicz: Komunistyczni posłowie mówią, że odnaleźli zeznania konkretnych świadków potwierdzających wersję o zbrodni niemieckiej. Stykał się pan z takimi dokumentami? Anatolij Jabłokow: Czytałem, że komunistyczny poseł Wiktor Iliuchin powołuje się na zeznania radzieckiego pogranicznika Piotra Kriwoja i niemieckiego żołnierza Waldemara Glemwitza z Gliwic, który miał się przyznać, że sam brał udział w egzekucjach Polaków. Ja tych nazwisk nie pamiętam. Może się z nimi i stykałem, ale mogłem zapomnieć. Podczas śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej, w którym brałem udział w latach 1990-94, badałem sprawy około setki osób, które świadczyły, że Polaków z obozu jenieckiego w Kozielsku zabili naziści. Niektórych z tych świadków przesłuchiwałem osobiście.
Niemiecki ślad był jedną z wersji śledztwa? - Tak. Staraliśmy się jak najdokładniej i najgłębiej zbadać wszelkie prawdopodobne i nieprawdopodobne wersje, dotrzeć do wszystkich dokumentów. W czasie tych poszukiwań odnaleźliśmy korespondencję między ministerstwami i wydziałami NKWD. Wynikało z niej, że radzieckie służby specjalne jeszcze jesienią 1943 r. dostały rozkaz odnalezienia dowodów na to, że egzekucji w lesie katyńskim dokonali
Niemcy. Enkawudzistom rozkazano też odnaleźć świadków, którzy potwierdzą tę wersję.
Świadkowie się znaleźli? - Zostali "spreparowani". Zapamiętałem nazwisko Arno Dure. To żołnierz niemiecki, który brał udział w operacjach karnych w obwodzie pskowskim i leningradzkim. Dostał się do niewoli radzieckiej, nieuchronnie groził mu stryczek. Darowano mu życie, bo zgodził się na współpracę. Zeznał, że rozstrzeliwał Polaków w Katyniu. Potem trzymali go w klinice psychiatrycznej. W 1956 r. Dure wrócił do Drezna, a przed śmiercią napisał, że składał fałszywe zeznania, bo NKWD go do tego zmusiło.
Innym takim "świadkiem" był prof. Borys Bazylewski, w czasie wojny kolaborant, wiceburmistrz okupowanego przez Niemców Smoleńska. Aresztowało go NKWD, również groziła mu szubienica. Ocaliła go zgoda na współpracę. I to on "odnalazł" notes swego szefa, okupacyjnego burmistrza Smoleńska Borysa Mienszagina, który opisywał przeprowadzane przez Niemców egzekucje Polaków w lesie katyńskim.
Poszukiwania świadków były operacją na dużą skalę? - Jeszcze jesienią 1943 r., zaraz po tym jak Armia Czerwona zajęła okolice Smoleńska, NKWD wysłało tam specjalną grupę śledczo-operacyjną. Przesłuchiwałem osobiście jednego z jej członków. Powiedział mi, że kazano im za wszelką cenę znaleźć i świadków, i materialne dowody winy Niemców.
Kiedy w styczniu 1944 r. do Katynia przyjechała przysłana z Moskwy komisja pod kierownictwem znanego profesora medycyny Nikołaja Burdenki, wszystko było gotowe. Świadkowie nauczeni, co mają mówić, dowody rzeczowe przygotowane, masowe mogiły rozkopane, ciała rozstrzelanych porządnie ułożone na powierzchni. Do komisji włączono miejscowego anatomopatologa o nazwisku Zubkow, też byłego kolaboranta, który podpisał zobowiązanie do współpracy z NKWD i tak uniknął powieszenia. Widziałem ten dokument. I to on właśnie "odnalazł" przy trupach Polaków dokumenty, listy, strzępy gazet, które świadczyły, że egzekucji dokonano po 1940 r. Na ich podstawie komisja Burdenki orzekła, że Polaków rozstrzeliwali Niemcy. Te wszystkie dokumenty i świadkowie byli przygotowywani dla sądzącego hitlerowców Trybunału w Norymberdze, przed którym radziecki prokurator Roman Rudenko dowodził, że to Niemcy zabili Polaków, co było aktem ludobójstwa.
Ale Trybunał nie zgodził się z tą wersją. Dlaczego? - Bo zeznania nie trzymały się kupy. Bazylewski strasznie się plątał. Dure nie został wysłany do Norymbergi, bo wszystko mu się mieszało. Twierdził na przykład, że Katyń jest w Polsce, Polaków grzebano w grobach głębokich na 20 metrów i że on ich rozstrzeliwał z cekaemu, a nie z pistoletu. Sam Mienszagin po wojnie 25 lat siedział w więzieniu i nigdy nie przyznał się do autorstwa notatek w zeszycie "odnalezionym" przez Bazylewskiego. Były burmistrz Smoleńska był więźniem ściśle tajnym - siedział nawet nie pod nazwiskiem, tylko pod numerem. Nie stracono go, bo pewnie władze liczyły, że się złamie i wystąpi jako świadek egzekucji dokonanej przez Niemców.
Po co dziś komuniści chcą powołać komisję parlamentarną w sprawie Katynia? - Znakomicie zdają sobie sprawę, że nic z tego nie wyjdzie. Żadnej komisji Duma nie powoła. Cała ta awantura ma tylko jeden cel - propagandowy. Komuniści chcą pokazać wyborcom, szczególnie tym starszym, że to oni bronią Stalina, idola weteranów. Iliuchin, sam były prokurator, doskonale wie, że jego wersja wydarzeń w Katyniu nie wytrzyma konfrontacji z tą masą dowodzących winy Stalina i NKWD dokumentów, które zgromadzono w śledztwie prowadzonym w latach 1990-2004 przez Główną Prokuraturę Wojskową - najpierw radziecką, potem rosyjską.
Anatolij Jabłokow był prokuratorem Głównej Prokuratury Wojskowej ZSRR i Rosji. W latach 1990-94 był w grupie prowadzącej śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej, w latach 1992-94 kierował jej pracami. Obecnie jest adwokatem, współautorem wydanej w ubiegłym roku w Rosji książki "Syndrom katyński w stosunkach radziecko-polskich i rosyjsko-polskich" Zbrodnia w Katyniu Na wiosnę 1940 r. NKWD zamordowała ponad 21 tys. jeńców wojennych, w tym polskich oficerów. Ofiary zbrodni pogrzebano w zbiorowych mogiłach w Katyniu pod Smoleńskiem, Miednoje oraz na przedmieściach Charkowa. W 1943 r. odkryto groby w Katyniu