Kołodko nie cierpi propagandystów, a w swym artykule wali całą prawdę. "Rząd obecnie mami nas propagandą sukcesu gospodarczego (oaza spokoju w kryzysie, najlepszy minister finansów Europy itd.). Tymczasem 2009 rok to wzrost poniżej 2 proc., a 2010 rok pewnie również nie przyniesie 3-proc. wzrostu" - pisze.
Ta sama "Rzeczpospolita" donosi na pierwszej stronie: "Dane o produkcji pokazują, że nasza gospodarka ma się coraz lepiej. Polskim firmom pomaga eksport". Czyżby były wicepremier przez pomyłkę zamieścił swój tekst w gazecie, która "gorliwie służy rządowej propagandzie"?
Kołodko pochyla się nad problemem bezrobocia i zestawia osiągnięcia polityki Baracka Obamy w
USA z nędzą polityki polskiego rządu. Stosuje przy tym typową dla siebie logikę. Przyznaje, że w Stanach Zjednoczonych bezrobocie wzrosło do poziomu najwyższego od kilkudziesięciu lat, ale zapewnia, że "za rok w Stanach Zjednoczonych bezrobocie będzie niższe (...) o jakieś 2,5-2,8 proc.". Z lekkością przeskakuje nad oczywistymi faktami: że polskiej gospodarki nie można zestawiać z amerykańską, że mimo wszystko wzrost bezrobocia był u nas niższy, niż prognozowała przed rokiem większość ekonomistów, włącznie z nim samym, że rząd amerykański wydał ogromne pieniądze na ratowanie miejsc pracy (a bezrobocie i tak wzrosło) i że pieniądze te trzeba będzie spłacić. Przyszłość polskiej gospodarki widzi czarno: "Sądzę, że za rok o tej porze (...) stopa bezrobocia oscylować będzie wokół 13 proc." - pisze.
A co, jeśli czarne prognozy wicepremiera się nie sprawdzą? Czy Kołodko odszczeka, czy uzna, że gospodarka wzrosła, gdyż
Donald Tusk przeczytał książkę "Wędrujący świat", którą były wicepremier rozdaje na prawo i lewo i bez której nie pokazuje się w żadnym z mediów?