Moskiewski Sąd Miejski stwierdził, że były szef komendy dzielnicowej w moskiewskim Carycynie z ukradzionego z magazynów milicyjnych pistoletu zastrzelił przypadkowego kierowcę, który w nocy z 26 na 27 kwietnia podwoził go pod sklep, a potem także kasjerkę. Major, który wcześniej obchodził hucznie swoje 32. urodziny, strzelał do wszystkich klientów sklepu, którzy nawinęli mu się pod lufę. Dziewczęta starał się trafiać w twarze, chłopcom celował w krocze. A kiedy obezwładnił go wezwany patrol, mówił: - Szkoda, że miałem tylko pistolet. Z kałasznikowem byłoby weselej.
Przed sądem przyznał się tylko do tych wyczynów, które zarejestrowały kamery w sklepie. Twierdził, że kierowcy nie zabił. Tłumaczył, że nie pamięta wydarzeń fatalnej nocy i nie potrafi wyjaśnić, dlaczego strzelał do nieznanych ludzi.
Wyczyny Jewsiukowa wstrząsnęły Rosją. W oczach rodaków stał się on "twarzą milicji", symbolem rozkładu i degradacji struktur siłowych kraju.
Jak pisały gazety, Jewsiukow już w dzieciństwie miał problemy z psychiką. Dzikie wybryki zdarzały mu się i wtedy, kiedy został oficerem - mimo to robił błyskotliwą karierę. Szybko uzyskał stopień i stanowisko szefa komendy w bardzo bogatej dzielnicy Moskwy, a dzięki łapówkom mógł dostatnio żyć. Jego koledzy twierdzili, że awansował, bo dzielił się z przełożonymi nielegalnymi dochodami.
Kiedy trafił do aresztu, nocą przyjechał do niego sam gen. Władimir Pronin, szef moskiewskiej milicji. Próbował bronić podwładnego i opowiadał dziennikarzom, że jest on wzorowym oficerem. Prezydent
Dmitrij Miedwiediew zaraz po tragedii zdymisjonował Pronina.