Zaproszenie brzmiało krótko i szokująco: "Arbeit macht frei". Tak zatytułował swoją wystawę w galerii Appendix2 w Warszawie 37-letni Amir Yatziv z Tel Awiwu. W opisie przysłanym przez galerię przeczytałam, że praca składa się m.in. z filmu nakręconego przez Yatziva, w którym wypowiadają się izraelski i polski zespół ślusarzy, którzy mniej więcej w tym samym czasie w 2006 r. niezależnie od siebie wykonywali kopię słynnego napisu znad bramy w Auschwitz. Izraelski zespół pracował na zamówienie Yad Vashem. Polski dla Muzeum w Auschwitz, zanim autentyczny napis poszedł do konserwacji.
Film jest oszczędny, krótki i w stylistyce dokumentu, oglądam go z przekonaniem, że to jedna z ciekawszych ostatnio wypowiedzi o przeszłości i o tym, co jednostka może dzisiaj z nią zrobić. Nawet nie "zmierzyć się", z tego Yatziv rezygnuje od razu. Sprawdza tylko, ile może się dowiedzieć, czego dotknąć, mając do dyspozycji kawałek starego metalu i doświadczenia ludzi, którzy starali się go jak najlepiej skopiować.
Pozornie nie mamy do czynienia z niczym prawdziwym. A jednak, kiedy trzech mężczyzn w roboczych ubraniach wynosi z ceglanego budynku kopię napisu, przechodzi mnie dreszcz - w podobnym warsztacie napis mogli wykonywać polscy więźniowie w 1940 r. Izraelski ślusarz mówi, że podczas pracy nad napisem, kiedy go szlifował, malował, wyginał stalowe pręty, poczuł, co tamten ślusarz w Auschwitz mógł myśleć. I nagle ta trochę wyssana z palca historia, w której oryginał nie pojawia się ani razu, robi się prawdziwa. Rozumiem, że te dwa zespoły powtórzyły nie tylko napis, ale gesty tamtych ludzi.
Spytałam Amira, skąd wziął się pomysł. Powiedział, że kiedy w muzeum Yad Vashem zobaczył kopię napisu z Auschwitz, pomyślał, że chciałby porozmawiać z rzemieślnikami, którzy ją wykonali. Dlaczego nie z historykiem, kustoszem, kimś, kto zdecydował, że taka kopia powinna się na wystawie znaleźć? Interesowało go to, co najmniej emocjonalne, co tylko techniczne. I woli pewną metaforę, niż dotykać rzeczy wprost. Mówi mi też, że wcześniej, przed 2008 r., kiedy rozpoczął pracę nad projektem, nie był w Auschwitz ani razu, organizowane przez izraelskie państwo wycieczki dla uczniów jakoś go ominęły. Teraz miał powód - własny projekt. To być może także sposób na zetknięcie się z rzeczywistością, która budzi grozę i wydaje się niemożliwa do przedstawienia: zejść na margines, trzymać się pobocznego wątku.
Film nie jest na wystawie sam. Są także zdjęcia. To powiększone mikroskopowe ujęcia fragmentów napisu, które ulegają korozji, wykonane w laboratorium, gdy konserwatorzy pracowali nad napisem. Tych kilkanaście zdjęć - które kojarzą się z fragmentami materii w starych obrazach lub nadpsutym ciastkiem - to jedyny moment na wystawie, w którym brama pojawia się naprawdę i w którym tak samo jak w filmie znów jej nie widać. Tylko jeden szczegół jest widoczny bardzo dobrze, oczywiście dla tych, którzy otrzymają instrukcję, jak patrzeć. Otóż na zdjęciach widać dokładnie trzy warstwy farby: najpierw czarną, potem czerwoną położoną po wojnie i znowu czarną - bo w pewnym momencie postanowiono wrócić do oryginalnego koloru. Znów przez chwilę czuję dotyk realności. Malować bramę na czarno to wracać do koloru pierwotnego, a więc do koloru nazistów. Malować na czerwono to niszczyć pamiątkę historii. Pułapka bez wyjścia.
Kiedy w grudniu zeszłego roku prawdziwy napis zniknął, bo został skradziony, było tak, jakby złodziej czekał, aż będą gotowe repliki i aż Amir skończy swój film. Film został skończony w 2009 r. To interesująca, paradoksalna zbieżność. Każdy z nich, zarówno artysta, jak i sprawca kradzieży w napisie zobaczył przedmiot. Oderwał go od bramy i nadał nieznane wcześniej znaczenia. Ten co go ukradł, zrobił z niego jeszcze potężniejszą ikonę. Nadał jej również wymiar finansowy. Czy ktoś wcześniej myślał o tym, ile ten napis jest wart? Amir Yatziv ikonę zamienił z powrotem w to, czym była na początku - metalowy napis, dzieło ludzkich rąk.
Choć Amir nie jest tak zupełnie pierwszy. Odwrócone "B" z napisu nad bramą z dolnym mniejszym i górnym większym brzuszkiem, co uważa się za sabotaż, żyło w sztuce już wcześniej, trawestował je w swoich projektach szwajcarski grafik Ludovic Balland, uczynił z niego temat Mirosław Bałka. W jego
wideo nieruchoma kamera ukazuje charakterystyczną literę "B" z napisu "Arbeit mach frei" i płatki śniegu, które sypią się z nieba. Nie jest normalne tak długo na coś patrzeć. Patrzenie w jeden punkt kojarzy się z paraliżem, ze śmiercią. Ma się wrażenie, że Bałka kieruje wzrok na literę "B", by nie kierować go gdzie indziej, że wczepiając się wzrokiem w ten napis, nie chce przekroczyć bramy. Coś podobnego jest w filmie Yatziva, ale jest bardziej radykalne.
Prawdziwego napisu nie pokazuje on w swoim filmie ani razu, kopię tylko na zasadzie migawki. Nigdy nie ma spojrzenia wprost. - Jest takie zjawisko jak pornografia Holocaustu - mówi Yatziv i rozumiem, że za wszelką cenę chciałby jej uniknąć. Jednak czy można patrzeć, odwracając wzrok, porozumiewać się bez znaków? Yatziv przypomina mi znakomity film izraelskiego artysty Omara Fasta "Lista Spielberga" - dokument, w którym statyści z filmu Spielberga "Lista Schindlera" mówią o swoich przeżyciach na planie, a widz doznaje uczucia wymykania się czegoś takiego jak prawda i ślizgania się w czasie. Czy fikcja staje się rzeczywistością, czy prawda staje się fikcją? I jak to jest, że "to" najgorsze nie jest pokazane, a jednak jest obecne?
Amir Yatziv "AREBEIT MACHT FREI", galeria Appendix2, Warszawa, do 27 marca