We Francji trwa spór o to, czy należy zakazać muzułmankom zasłaniania twarzy burką w miejscach publicznych. Wcześniej we francuskich szkołach publicznych zakazano noszenia chusty nakładanej przez część muzułmanek. Bo w szkole nie można "ostentacyjnie manifestować" wszelkiego rodzaju symboli religijnych. Marek Beylin i Ian Buruma uważają te zakazy za absurdalne. A ja uważam, że są one uzasadnione.
„Zachowania prywatne, o ile nie szkodzą innym, winny być dozwolone nawet wówczas, gdy nie budzą czyjegoś entuzjazmu. Co więc zrobić z praktykami, które uznajemy za nieliberalne, lecz których nie chcemy zakazać? Czasem najlepiej nie robić nic. Tolerowanie wartości, których nie uznajemy, jest ceną za uczestnictwo w pluralistycznym społeczeństwie ” - napisał Buruma.
„W tym sporze Buruma jest bliższy mojemu pojęciu wolności niż francuska większość parlamentarna. Bo cóż ma państwo do tego, jak kto się ubiera, nawet jeśli ten strój jest zarazem deklaracją obyczajów? Zresztą gdy państwo ingeruje w takie kwestie, traci powagę ” - stwierdził Beylin.
Rzeczywiście ingerencja państwa w nasze obyczaje odzieżowe na pierwszy rzut oka wydaje się idiotyzmem. Problem jest jednak bardziej skomplikowany, bo jakoś tak się składa, że mężczyzn wyznających najbardziej konserwatywną odmianę islamu nie obowiązują tak rygorystyczne reguły jak kobiet. W burkach chodzić nie muszą. I w tym znaczeniu - nawet jeśli kobiety noszą burkę z własnej woli - obyczaj ten jest swego rodzaju opresją jednej, "gorszej" płci. Burka, a także chusta jest częścią tradycji, wedle której kobieta jest traktowana jako sługa mężczyzny, właściwie niewolnica, karana śmiercią za cudzołóstwo. Co rusz słychać przecież o młodych dziewczynach z rodzin muzułmańskich, zamordowanych przez braci lub ojców, bo źle się prowadziły i zhańbiły rodzinę.
Demokratyczne społeczeństwo musi sobie zadać pytanie, gdzie jest granica akceptowania obyczajów emigrantów, którzy zamieszkali właśnie w naszym państwie. Mamy chustę, burkę, ale także okaleczanie młodych kobiet praktykowane w niektórych społecznościach afrykańskich. Czy i to mamy akceptować we własnym kraju dlatego, że same kobiety - przyzwyczajone do tych obrzędów od wieków - je akceptują? Bo jesteśmy tolerancyjni wobec innych kultur czy religii? Moim zdaniem nie. Jeśli ktoś wybrał mój kraj i chce w nim zamieszkać, musi zaakceptować także pewne reguły kulturowe, które w nim obowiązują. Jeżeli mu nie odpowiadają, może przecież osiedlić się gdzie indziej.
Wiara Burumy, że tolerowanie reguł poniżających kobiety ułatwi asymilację, jest złudne. Młodzi mężczyźni, widząc, jak matki i żony są traktowane w ich środowisku, będą powielać te same zachowania. To tworzy zamknięty krąg kulturowy, z którego emigrantom - a w szczególności kobietom - trudniej się wydostać. I nawet największa tolerancja wobec ich kultury i obyczajów niewiele daje. Świadczą o tym zamieszki i bunty wywoływane przez emigrantów we Francji i w Holandii. Może próby asymilacji nie powiodły się, bo dopuszczono do powstania swego rodzaju gett, kulturowych i religijnych, bardzo zamkniętych i niechętnych kulturze kraju, w którym przyszło tym emigrantom żyć. Może asymilacja nie powinna polegać na tym, że społeczeństwa zachodnie jedynie dają i zachęcają, ale także na tym, że wymagają akceptacji fundamentów demokracji.