Rosół, 31 lat, do jesieni ub. roku swoją karierę zawodową wiązał z polityką. W Platformie Obywatelskiej był odpowiedzialny za kampanię wyborczą, kierował biurem parlamentarnym, wreszcie został prawą ręką ministra sportu.
Wszystko przepadło, gdy w październiku 2009r. ujawnione zostały nagrania podsłuchanych przez CBA rozmów telefonicznych polityków Platformy z Sobiesiakiem. Rosół występował w nich jako urzędnik, załatwiający w imieniu Drzewieckiego sprawy biznesowe Sobiesiaka, prywatnie znajomego ministra. Musiał odejść razem z Drzewieckim i kilkoma innymi ministrami, których po aferze zdymisjonował premier.
Przed komisja stanął by wytłumaczyć się ze swojej roli w relacjach Sobiesiaka z administracją rządową oraz by odpowiedzieć na pytanie, czy był źródłem przecieku informacji o akcji CBA, o co oskarża go b. szef tej służby, Mariusz Kaminski.
Kamiński i ziarno niepokoju Do Sejmu wszedł rozluźnionny, mówił, że nie uważa się za ważnego świadka. Ale przy przesłuchaniu widać było, że jest to dla niego duże przeżycie.
Zaczął od oświadczenia, w którym zarzucił Kamińskiemu manipulację i zniekształcanie dowodów. -
Mariusz Kamiński przedstawiał tezy o moich haniebnych czynach by zasiać ziarno niepokoju- mówił. - Nie byłem źródłem ani ogniwem rzekomego przecieku, nie miałem nic wspólnego z pisaniem ustawy hazardowej, nie zgadzam się z tym, że pokazuje się mnie jako przykład zepsucia młodego pokolenia w polskiej polityce- wyliczał.
Wszystkie sprawy Sobiesiaka Potem opisał, jak poznał Sobiesiaka. Było to we wrześniu 2008r. gdy z ministrem Drzewieckim pojechał do Małopolski, by otworzyć stadion "Orlika". Asystent ministra przekazał mu informację, że do hotelu w którym będą nocować przyjdzie znajomy Drzewieckiego-Sobiesiak. Zjedli razem późną kolację. Sobiesiak przedstawił się jako biznesmen od turystyki i hotelarstwa (nie mówił nic o hazardzie) Narzekał na urzędników, zwlekających z wydaniem zgody na budowę wyciągu w Zieleńcu. Rosół dał mu swoja wizytówkę. W ciągu następnych miesięcy w Warszawie załatwiał mu następujące sprawy:
-wyciągnął z ministerstwa środowiska dokument z pozwoleniem na budowę i przefaksował do Sobiesiaka.
- dowiedział się, że ministerstwie infrastruktury jest zgoda na inny wyciąg.
- pytał we władzach Żoliborza o przetarg na lokal, gdzie Sobiesiak chciał otworzyć kasyno.
- pomagał córce Sobiesiaka, Magdalenie zdobyć posadę w zarządzie Totalizatora Sportowego.
- przyjmował w ministerstwie syna Sobiesiaka, który pytał czy są dotacje unijne na inwestycje w wyciągi.
Komisji oświadczył, że traktował Sobiesiaka "jak zwykłego petenta" inwestującego w "infrastrukturę sportową". - Sugerowanie, że przyjęcie interwencji obywatela a potem udzielanie mu pomocy jest czymś niewłaściwym, jest obraźliwe- mówił.
"Drzewiecki nic nie wiedział" Takie tłumaczenia, powtarzane kilka razy wywoływało złośliwe komentarze opozycji. Już po oświadczeniu Bartosz Arłukowicz (Lewica) zapytał z jaką dyscypliną sportową związane było załatwianie pracy córce Sobiesiaka.
Rosół przekonywał, że pomagał jej, bo "szukała pracy", miała "wysokie kwalifikacje" i "dobre papiery". 24 września spotkał się z nią w restauracji "Pędzący królik" by powiedzieć jej, że musi zrezygnować z ubiegania się o tą pracę, ze względu na "donosy" kierowane do urzędów przez Marka Przybylowicza, b. dyrektora Wyścigów konnych. Przybylowicz pisał w nich o nepotyzmie w Totalizatorze. - Powiedziałem pani Magdalenie, że jeśli wygra konkurs, to pan Przybyłowicz zatruje nam swoimi donosami życie - opisywał Rosół dodając, że rezygnacji córki Sobiesiaka chciał też min. Drzewiecki, który również obawiał się "donosów".
Podkreślał, że Drzewiecki nic nie wiedział, że pomaga Sobiesiakowi i nie kazał mu tego robić. Swojego byłego szefa określił jako "jednego z najlepszych ministrów w rządzie".
"Jest konkurs, niech dziewczyna startuje" 26 czerwca 2009 r. Rosół wysłał do wiceministra skarbu Adama Leszkiewicza maila polecającego Sobiesiakównę do konkursu o stanowisko w Zarządzie Totalizatora, jako "osobę rekomendowaną przez ministerstwo sportu". O konkursie dowiedział się od Leszkiewicza i skojarzył to z prośbą Sobiesiaka o znalezienie pracy dla córki. - Jest konkurs, niech dziewczyna startuje- miał powiedzieć Sobiesiakowi.
Arłukowicz pytał, kto w ministerstwie rekomendował Sobiesiakównę.- Nikt - odparł Rosół. Tłumaczył, że tak naprawdę nie była to żadna rekomendacja, tylko prośba o sprawdzenie kwalifikacji Sobiesiakówny. Rosół przekonywał komisję, że słowo "rekomendacja" rekomendacji nie oznaczało. - Słowa "rekomendacja" użyłem w znaczeniu, jakie ma w Słowniku Języka Polskiego, czyli pochlebne świadectwo, pochwała. - tłumaczył, by w końcu przyznać: - Bez sensu użyłem zdania, ze to rekomendacja ministerstwa sportu.- mówił.
Potem nawet za to przeprosił.
Dopytywany, dlaczego tyle spraw załatwiał dla Sobiesiaka, odparł: - Żałuję, że nie mam takiej mentalności, by się zamknąć w gabinecie i powiedzieć ludziom: "Idźcie do diabła!".
Jak to było z KGB-CBA? Ale ostatecznie córka Sobiesiaka z konkursu się wycofała.