Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
- Mężczyźni z klasą, wykształceni, nie boją się kobiet. Kobiet boją się zakompleksieni, rozdygotani, niepewni chłopcy, którzy udają mężczyzn. Nie przypuszczałem, że Tuska i Kaczyńskiego łączy strach przed kobietami - mówił wczoraj podczas debaty nad ustawą parytetową poseł Tomasz Kamiński (
SLD).
I wytknął PO, która podobnie jak
PiS, jest przeciw 50-proc. parytetowi, podobieństwa do partii Jarosława Kaczyńskiego. - PiS i PO łączy sprzeciw wobec zapłodnienia in vitro, brak twardego stanowiska w sprawie rozdziału państwa i Kościoła, a teraz okazuje się, że również kwestia równości kobiet - wyliczał poseł Sojuszu. - Dla was parytety to podział wpływów między Tuskiem i Schetyną - ironizował.
Wszystkie partie zgodziły się skierować do komisji projekt o 50-proc. parytecie na listach do Sejmu, PE i samorządów autorstwa Kongresu Kobiet Polskich. Jednak na razie tylko SLD zadeklarował, że poprze ustawę. - Demokracja bez kobiet to pół demokracji - podkreśliła posłanka Sojuszu Izabela Jaruga-Nowacka. - Terry Davis, były sekretarz generalny Rady Europy mówił, że Europa nie może wygrać, skoro połowa jest wykluczona z drużyny.
Prof. Małgorzata Fuszara, sprawozdawczyni projektu, ekspertka Rady Europy ds. wprowadzania równości płci do głównego nurtu działań politycznych i społecznych podkreślała, że od 2001 roku odsetek kobiet w Sejmie nie zmienił się i wynosi 20 proc. (w Senacie 8 proc.!). A przez to interesy kobiet nie są dobrze reprezentowane.
Przeczytaj cały tekst wystąpienia - Za równością praw nie idzie ciągle w Polsce równość szans - mówiła prof. Fuszara. Dodała, że dlatego Sejm powinien wprowadzić parytet, który przyspieszy wchodzenie kobiet do polityki. Podobne rozwiązania są w ponad 40 krajach. - Doskonałym przykładem może być
Belgia, w której system kwotowy, a następnie parytetowy doprowadził do zwiększenia udziału kobiet w parlamencie z kilkunastu procent do 38 proc. w izbie niższej i do blisko 41 proc. w izbie wyższej - mówiła profesor. I rozprawiła się ze krążącymi na temat parytetu stereotypami:
* że udział kobiet w życiu publicznym trzeba zwiększać nie ustawą, lecz "w sposób naturalny" (tak mówił marszałek Sejmu Bronisław Komorowski). - W Sejmie, Senacie, prawie wyborczym nie ma nic "naturalnego". Prawo wyborcze, system obliczania głosów, podział na okręgi to są konstrukcje społeczne i prawne - przypomniała Fuszara. - Zależą tylko i wyłącznie od woli politycznej i nam chodzi o to, aby konstrukcje te spełniały standardy równych szans dla obu płci.
* że kobiety nie chcą głosować na kobiety. - W ostatnich badaniach opinii publicznej aż 56 proc. kobiet zadeklarowało, że chce głosować na kobietę. Tworzenie i powtarzanie mylnego poglądu, że to wyborcy nie głosują na kobiety, jest nie tylko fałszywe, ale też nie fair wobec wyborców, a zwłaszcza wyborczyń i kandydujących kobiet.
Według posłanki Agnieszki Kozłowskej-Rajewicz (PO) bardziej racjonalne byłoby wprowadzenie 30 proc. kwot. - 50 proc. parytet oznacza, że na każdej liście musiałoby być 8-9 kobiet. Każdy, kto układał kiedyś listy, wie, że to niemożliwe - mówiła Kozłowska-Rajewicz. Jej zdaniem na wprowadzenie parytetu trzeba czasu. - Zdecydowanie najbliższe wybory samorządowe nie powinny być objęte parytetem - dodała.
Z kolei posłanka Beata Szydło (PiS), przestrzegała, że zapisy ustawowe mogą okazać się mało skuteczne i będą jedynie zapisem papierowym "mieszczącym się w kategorii poprawnych politycznie". - Trzeba szukać rozwiązań aktywizujących, pozwalających lepiej godzić obowiązki rodzinne i domowe z działalnością społeczną i polityczną - mówiła Szydło.
Nasi rozmówcy z PO, PiS i
PSL podkreślali, że w sprawie ustawy parytetowej nie będzie dyscypliny w klubach. I to może sprawić, że ustawa zostanie uchwalona.
- W każdym klubie głosy są podzielone. Ale wiele osób dostrzega, że dotychczasowe rozwiązania, które miały zaktywizować kobiety, zawodzą. I trzeba to zmienić - mówi "Gazecie" Kozłowska-Rajewicz.