- Jestem szczęśliwy, prezydent okazał mi wsparcie, rozmawialiśmy o pokoju i harmonii religijnej w świecie - powiedział po godzinnym spotkaniu Dalajlama. Rzecznik Obamy stwierdził, że "prezydent mocno popiera" prawa człowieka w Tybecie oraz jego "tożsamość językową, kulturową i religijną".
Tybet jest częścią ChRL od czasu chińskiej inwazji zbrojnej w 1950 roku. Dziewięć lat później Dalajlama zbiegł z Tybetu i stworzył rząd na uchodźstwie w Indiach. Choć wielokrotnie podkreślał, że jego celem jest dziś jedynie autonomia Tybetu w ramach Chin, a nie niepodległość, Pekin nazywa go oficjalnie "wilkiem w ubraniu mnicha" i ostro reaguje na jego spotkania z przywódcami obcych państw.
Dwa lata temu komunistyczne Chiny odwołały szczyt z UE, gdyż z Dalajlamą spotkał się Nicolas Sarkozy. W 2007 roku ostro potępiły George'a Busha, gdy ten wziął udział w uroczystości wręczenia Dalajlamie medalu w Kongresie
USA. Także tym razem wzywały Obamę, by zmienił swą "błędną decyzję" i groziły, że spotkanie z Dalajlamą w Białym Domu "zaszkodzi stosunkom chińsko - amerykańskim". Rząd Obamy nie słuchał tych wezwań, co więcej, w ostatniej chwili ogłosił, że z laureatem pokojowego Nobla z 1989 roku spotka się także oficjalnie szefowa dyplomacji
Hillary Clinton.
Wczorajsze spotkanie pokazuje, jak w ciągu ponad roku rządów Obamy zaostrzyły się stosunki Waszyngtonu z Pekinem. Nowy prezydent USA chciał "nowego otwarcia" wobec Chin (podobnie jak wobec Rosji), jego doradcy mówili nawet, że relacje USA z Chinami to "nowa kotwica świata". Jeszcze pięć miesięcy temu Obama odmówił spotkania z Dalajlamą właśnie dlatego, by nie psuć kontaktów z Pekinem przed swą podróżą do Chin. Spotkał go z tego powodu chór potępienia ze strony opozycji oraz działaczy praw człowieka.
Jednak październikowa wizyta Obamy w Chinach przyniosła niewiele. Stosunki handlowe obu krajów są napięte. USA oskarżają Chiny o sztuczne obniżanie kursu juana po to, by zwiększać atrakcyjność swego eksportu. Waszyngton wprowadził cła na importowane z Chin
opony, w odwecie Pekin opodatkował karnie sprowadzane z USA kurczaki.
Przede wszystkim zaś Chińczycy nie mają najmniejszego zamiaru iść ręka w rękę z Obamą w najważniejszych dla niego sprawach - sankcji na
Iran oraz negocjacji klimatycznych. W dodatku na przełomie grudnia i stycznia na ponad 30 amerykańskich firm, w tym
Google, atak internetowy przypuścili włamywacze powiązani, jak uważają Amerykanie, z władzami chińskimi. Hillary Clinton ostro skrytykowała wówczas Chiny.
W końcu trzy tygodnie temu rząd Obamy, po roku zwłoki, zdecydował się sprzedać Tajwanowi, uważanemu przez Pekin za zbuntowaną prowincję, nowoczesną broń wartą 6,4 miliarda dolarów. Chińczycy ogłosili, że ta "brutalna ingerencja w wewnętrzne sprawy Chin mocno zaszkodzi stosunkom z USA" i zapowiedzieli ukaranie wszystkich firm amerykańskich biorących udział w tranksakcji z Tajwanem.
- Nasze stosunki z Chinami są skomplikowane - tłumaczył wczoraj rzecznik Departamentu Stanu USA. - Są sprawy, w których się zgadzamy i są takie, w których się spieramy. Yan Xuetong, dyrektor instytutu studiów międzynarodowych Uniwersytetu Tsinghua w Pekinie, opisuje to dużo bardziej dobitnie: - Obie strony udają, że są przyjaciółmi. Tak naprawdę nie są. I Waszyngton, i Pekin uznają, że są rywalami.
W Waszyngtonie eksperci uważają, że ostrzejszy kurs Waszyngtonu wobec Chin jest nie tylko wyrazem rozczarowania ekipy Obamy, że "nowe otwarcie" przyniosło USA niewiele korzyści, ale też głebszego trendu - tego, że wychodząca z kryzysu ekonomicznego Ameryka "staje się znów bardziej pewna siebie". Komentatorzy podkreślają np., że choć Chiny nadal mają prawie 800 miliardów amerykańskich obligacji, to w ubiegłym roku przestały być największym bankierem USA (znów jest nim Japonia) - i Waszyngton tego za bardzo nie odczuł.
W USA silne są też jednak głosy, że do ostatnich sporów między Waszyngtonem i Pekinem nie należy przywiązywać nadmiernej wagi. - Pokazywanie twardości pomaga obu stronom w ich polityce wewnętrznej, ale z czasem przywódcy USA i Chin zmniejszą poziom napięcia- mówi Elizabeth Economy, specjalistka ds. Chin w amerykańskiej Radzie Stosunków Zagranicznych.
Rzeczywiście, oprócz ostrych, są też cieplejsze sygnały. Wczoraj, w dniu przyjęcia Dalajlamy w Białym Domu, Chińczycy zezwolili amerykańskim okrętom wojennym na wizytę w Hongkongu i to mimo, że po sprzedaży broni Tajwanowi odgrażali się, że zawieszają wszelką współpracę wojskową z USA. Niedawno przeprowadzili także pierwszą od 2008 roku rundę rozmów z wysłannikami Dalajlamy.
Obama także wysłał Chińczykom sygnał - spotkanie z przywódcą Tybetańczyków było bardzo intymne. . Obama nie powiedział po nim ani słowa, komunikat Białego Domu jest oszczędny, mówi, że Obama "popiera dialog Dalajlamy z Pekinem" ale też "podkreśla znaczenie stosunków z Chinami". - Obama musiał odfajkować rozmowę z Dalajlamą - mówi Douglas Paal, ekspert z waszyngtońskiego Centrum Carnegie. - Jednak z takich spotkań wynika więcej szumu niż rzeczywistych efektów.
Ze spotkania bardzo cieszyli się za to sami Tybetańczycy. W Tybecie z wielu klasztorów i domów wystrzelono z tej okazji fajerwerki. - Jestem bardzo szczęśliwa, ale też boję się, co Chińczycy mogą nam zrobić w odwecie - mówiła jedna z tybetańskich kobiet, które cytował londyński "Guardian".