Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Dlaczego Donald Tusk, który jako silny lider nieraz narzucał Platformie swoje zdanie (np. w 2007 roku, gdy wbrew części wpływowych polityków zgodził się na wcześniejsze wybory), teraz nie wskaże kandydata na prezydenta? A zamiast tego wybiera partyjne prawybory?
"Powrót do źródeł Platformy", którym tłumaczył taką decyzję zarządu partii na czwartkowej konferencji prasowej, to tylko jeden z powodów. U progu kampanii prezydenckiej Tusk chce wytrącić krytykom - m.in. kandydatowi na prezydenta Andrzejowi Olechowskiemu - argument, że Platforma, która miała być ruchem obywatelskim, stała się partią wodzowską.
Decyzją o prawyborach Tusk pokazuje, że w przeciwieństwie do
PiS i
SLD Platforma wyłoni kandydata demokratycznie. Ponad 45 tys. członków PO wybierze go spośród dwóch najpopularniejszych polityków (z największym zaufaniem społecznym) - marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego i szefa
MSZ Radosława Sikorskiego.
Choć nie będą to tradycyjne amerykańskie prawybory - gdzie kilku kandydatów przez wiele miesięcy prowadzi ostrą kampanię, walczy o głosy w terenie - można porównać je do starcia najsilniejszych kandydatów Demokratów
Hillary Clinton i Baracka Obamy z ostatniej amerykańskiej kampanii prezydenckiej.
Prawybory mają też dodatkowy atut - nie wskazując konkretnego kandydata, Tusk oszczędza partii podziału. Bo nie narzuca swojej decyzji, która skazałaby zwolenników Komorowskiego na konflikt ze stronnikami Sikorskiego. A z decyzją całej partii trudno dyskutować.
- To bardzo dobry pomysł na demokratyzację partii - przyznaje poseł
Jarosław Gowin z zarządu Platformy. - Członkowie PO będą mieli poczucie realnej współodpowiedzialności za podejmowane decyzje, które nie zapadają w pokoju zarządu pełnym dymu z dobrych cygar.
To ma wzmocnić i zmobilizować Platformę przed maratonem wyborczym 2010-11, który będzie wymagał wielkiego zaangażowania działaczy na dole.
Prawybory mają również wyprowadzić PO z hazardowego zakrętu i dać szansę na odzyskanie inicjatywy. Choć partia Tuska ciągle notuje w sondażach około 50 proc. poparcia, sprawa hazardowa odbiła się na nastrojach w terenie. - Po dwóch latach sprawowania władzy następuje naturalne zmęczenie. Frustrację działaczy budzi też sprawa hazardowa - mówi "Gazecie" polityk PO z południowej Polski.
Jednak niektórzy nasi rozmówcy w Platformie uważają, że rekomendując prawybory, Tusk odsuwa od siebie odpowiedzialność za wynik wyborów prezydenckich. Po jego rezygnacji z kandydowania wygrana PO nie jest już tak pewna. Choć w sondażach w drugiej turze Komorowski i Sikorski zdecydowanie wygrywają z urzędującym prezydentem Lechem Kaczyńskim, to w pierwszej zwycięstwo nie jest miażdżące. W ostatnim sondażu "Gazety" Sikorski prześcignął Kaczyńskiego tylko o 4 pkt proc. (26 do 22 proc.), a Komorowski zremisował (21 do 21 proc). Gdyby Tusk sam namaścił kandydata, który potem przegrałby wybory, partia mogłaby chcieć go rozliczyć.
Prawybory niosą też zagrożenia. Może zniknąć spójność partii w przyszłości, zważywszy, że główny konkurent - PiS - jest zdyscyplinowaną partią wodzowską.
- Może okazać się, że prawybory będą psychologicznym przełamaniem w PO. Że członkowie partii będą chcieli wybierać w demokratyczny sposób także kandydatów na inne stanowiska obsadzane w wyborach bezpośrednich, np. prezydentów miast - mówi polityk z zarządu PO.
Wybory samorządowe są chwilę po prezydenckich. I Platforma - dziś karna armia - może nie chcieć już wykonywać każdego polecenia Tuska.
Jednak z punktu widzenia budowy systemu demokratycznego decyzja Tuska o prawyborach to dobry ruch. Bo ugrupowania wodzowskie sypią się, gdy silny lider odchodzi, jak choćby SLD po erze Leszka Millera.