Siły odpowiedzi NATO (tak nasza armia tłumaczy ich angielską nazwę NATO Response Force - czyli NRF) to specjalnie wydzielone wojska członków Sojuszu, które pełnią rotacyjnie dyżur przez pół roku. Pozostają wtedy w gotowości do przerzucenia w rejon konfliktu lub katastrofy naturalnej.
Sojusz utworzył je już w 2003 r., ale do tej pory nie zostały użyte w regularnej operacji wojskowej. Część żołnierzy NRF pomagała chronić igrzyska olimpijskie w Atenach w 2004 r., inni nieśli pomoc ofiarom huraganu "Katrina" w
USA w 2005 r.
Teraz pomysł na NRF się zmienia. Jak się dowiedzieliśmy, mają być zdolne do szybkiego działania i gotowe do operacji czysto bojowych - np. przy wprowadzaniu embarga lub pokazie siły wobec kraju, który zagrażałby jednemu z członków NATO.
Będą także mniej liczne (13 tys. zamiast jak dotąd 26 tys. żołnierzy), a składać się mają z wyspecjalizowanych, doborowych oddziałów - m.in. lotniczych, morskich czy sił specjalnych.
Zreformowane NRF mają być gotowe w czerwcu. W ich doktrynie Sojusz zapisał, że w razie ataku na kraj NATO to właśnie te wojska mają być oddziałami pierwszego uderzenia, czyli stawić czoło przeciwnikowi, czekając na większe wsparcie.
Jak dowiedziała się "Gazeta", Polska zabiega, by NRF przeprowadziły wreszcie regularne ćwiczenia poligonowe, bo do tej pory ze względu na koszty ćwiczyły w sztabach - czyli na mapach. Zapewnienie, że będą wreszcie ćwiczyć na poligonie, usłyszał dwa tygodnie temu na spotkaniu ministrów obrony NATO szef polskiego
MON Bogdan Klich.
- Wyraziłem gotowość, by pierwsze ćwiczenia NRF odbyły się u nas - mówi "Gazecie" minister obrony.
Dlaczego tak bardzo nam na tym zależy? Klich twierdzi, że NRF to dodatkowa gwarancja bezpieczeństwa dla naszego kraju. - Im więcej NATO w Polsce, tym dla nas lepiej - mówi. - Bezpieczeństwo Polski zależy od tego, jak głęboko nasz kraj jest powiązany w strukturach NATO.
Ale wojskowi Sojuszu sugerują, że ćwiczenia NRF w Polsce będą również odpowiedzią na ubiegłoroczne ćwiczenia "Zapad" odbywające się na Białorusi i w obwodzie kaliningradzkim. 12,5 tys. rosyjskich i białoruskich żołnierzy ćwiczyło tam odparcie ataku NATO.
Generałowie, z którymi rozmawialiśmy, twierdzą, że Polska nie zapomniała o tych manewrach, a ćwiczenia NATO na naszym terytorium mają być sygnałem dla Rosji, że Sojusz jest gotowy bronić terytorium Polski.
Bogdan Klich oficjalnie tego nie potwierdza. - Najważniejsze, żeby te ćwiczenia w ogóle się odbyły. Mogą być na południu, wschodzie, zachodzie, byle w Polsce - mówi.
Scenariuszem ćwiczeń w Polsce mogłoby być odparcie ataku ze wschodu na nasz kraj. Ich prawdopodobnym miejscem jest poligon drawski.
- Nie byłoby to jednak aż tak oczywiste jak w przypadku rosyjskich manewrów "Zapad" - mówi nasz rozmówca, wysokiej rangi oficer z dowództwa operacyjnego NATO. - W czasie rosyjskich ćwiczeń agresorem było konkretnie NATO, my nazywamy strony nieistniejącymi nazwami, np. określając ich jako czerwonych i niebieskich.