Emmanuelle Seigner tym razem solo. Wcześniej nagrywała już z zespołem Ultra
Orange i przekonała, że zupełnie przyzwoicie sprawdza się w lekko nowofalowo-garażowym klimacie. "Dingue" to trochę inna bajka. Płyta bardziej stonowana, bezpretensjonalna, popowa. Chociaż i tutaj jest parę rockowych momentów, jak choćby otwierający płytę utwór tytułowy. W większości piosenek Emmanuelle
gra jednak zupełnie inną konwencją. Przywołuje stare dobre czasy francuskiego popu z lat 60. i 70., chwilami zahacza też o popularny niecałe pół wieku temu nad Sekwaną styl yé-yé - francuską odpowiedź na rock'n'rolla i Beatlesów. Gdy w jej piosenkach gościnnie pojawiają się
Iggy Pop czy mąż Roman Polański, rzecz zaczyna pachnieć trochę słynnymi duetami Serge'a Gainsbourga z Brigitte Bardot czy Jane Birkin. Emmanuelle bawi się w te stylizacje z wielkim wdziękiem. Do takiej stylistyki świetnie pasuje jej niezbyt imponujący, ale za to zaskakująco dziewczęcy głos. No i śpiewa wszystkie piosenki po francusku, a nie wiedzieć czemu wszystkie aktorki, które zabierają się do śpiewania akurat w tym języku, bronią się dużo lepiej niż numerami po angielsku.