http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Dingue"

Robert Sankowski
2010-02-19, ostatnia aktualizacja 2010-02-17 11:31

Emmanuelle Seigner, Columbia

Emmanuelle Seigner tym razem solo. Wcześniej nagrywała już z zespołem Ultra Orange i przekonała, że zupełnie przyzwoicie sprawdza się w lekko nowofalowo-garażowym klimacie. "Dingue" to trochę inna bajka. Płyta bardziej stonowana, bezpretensjonalna, popowa. Chociaż i tutaj jest parę rockowych momentów, jak choćby otwierający płytę utwór tytułowy. W większości piosenek Emmanuelle gra jednak zupełnie inną konwencją. Przywołuje stare dobre czasy francuskiego popu z lat 60. i 70., chwilami zahacza też o popularny niecałe pół wieku temu nad Sekwaną styl yé-yé - francuską odpowiedź na rock'n'rolla i Beatlesów. Gdy w jej piosenkach gościnnie pojawiają się Iggy Pop czy mąż Roman Polański, rzecz zaczyna pachnieć trochę słynnymi duetami Serge'a Gainsbourga z Brigitte Bardot czy Jane Birkin. Emmanuelle bawi się w te stylizacje z wielkim wdziękiem. Do takiej stylistyki świetnie pasuje jej niezbyt imponujący, ale za to zaskakująco dziewczęcy głos. No i śpiewa wszystkie piosenki po francusku, a nie wiedzieć czemu wszystkie aktorki, które zabierają się do śpiewania akurat w tym języku, bronią się dużo lepiej niż numerami po angielsku.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':