Mój ojciec to mógł wypić - mówi Sława i wyciera gębę rękawem. - Cztery-pięć kubków za jednym zamachem.
"Rzeczywiście nieźle - myślę sobie - jak na takich drobnych ludzi. Żaden mi tu nawet do ucha nie dorasta".
- Utopił się dziesięć lat temu - Sława ciągnie opowieść o ojcu. - Chciał przejść przez rzekę.
- Nie umiał pływać - zgaduję.
- Nie umiał.
- Nie wiedział, że jest głęboko - znowu muszę zgadywać, bo Sława jest bardzo oszczędny w słowach.
- Oczywiście, że wiedział. To wielka rzeka.
- Był pijany?
- Nie.
- To dlaczego wszedł do wody?
Sława spogląda na mnie jak na idiotę. Mało, że głupio pytam, to jeszcze ociągam się z kubkiem. A mamy jeden na troje, bo także Tonia, żona Sławy, z nami biesiaduje.
- Wszedł do rzeki - mówi - żeby przejść na drugi brzeg.
Wstrzymuję oddech i wielkimi łykolcami opróżniam kubek do końca. A rzuca mną, jakby śmierć koło mnie przeszła. Na Syberii też tak mówią, kiedy człowiekiem zatelepią dreszcze.
20 reniferów
Już sam, słowo daję, nie wiem, od czego mnie tak telepie. Od tej ich logiki, za którą nie sposób nadążyć, czy dlatego, że piję świeżutką, jeszcze gorącą krew? A może dlatego, że tacy sieriozni, śmiertelnie poważni, akuratni, chmurni... Inni, kurde, aż do bólu!
Siedzi taki przy piecyku, z nudów dłubie nożem w pazurach i mówi do żony, która jak zwykle ma ręce czymś pożytecznym zajęte, że trzeba do ognia dorzucić. Marznie, nawet otworzył drzwiczki, żeby popatrzeć, jak wygasło, ale nie wrzuci jednego patyka, bo to zadanie kobiety. Nie ma mowy, żeby mężczyzna cokolwiek zrobił w czumie, to znaczy w ich namiocie ze skór reniferów.
Jemy surowe mięso, nerki i wątrobę, popijamy krwią renifera, do tego chleb dwa lata temu wysuszony na suchary, a jak wyjmuję z plecaka kawałek zalatującego sera z Francji, krzywią się z obrzydzenia i wyrzucają mnie z czumy.
A jak zażartowałem, że nasza Tonia, żona gospodarza, kosztuje 20 reniferów, bo tyle Sława dał jej rodzicom, to myślałem, że facet posunie mnie nożem, którym akurat się bawił. Naprawdę tyle musiał za nią zapłacić, ale to nie jest temat do żartów. W ogóle nie znam żadnych tematów do żartów. Nigdy nie widziałem, żeby żartowali. Strasznie poważni. Markotni.
I nie znają słowa "dziękuję". W ich języku w ogóle go nie ma! Są Nieńcami.
Mieszkam z nimi prawie od tygodnia i nawet, kiedy rozmawiają ze mną po rosyjsku, nigdy nie słyszę "spasibo".
Źródło: Duży Format