http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Och! Być Różą van der Blaast!

Katarzyna Bielas
2010-02-19, ostatnia aktualizacja 2010-02-17 10:27

Myśleli: Witkacy - to będą numery. Witkacy był magnesem, a my to wykorzystywaliśmy. Rozmowa z Dorotą Ficoń, od 25 lat aktorką Teatru Witkacego w Zakopanem

Dorota Ficoń, od ponad 25 lat aktorka Teatru Witkacego w Zakopanem też wychowała się w Kubiszówce
Fot. Adam Kozak
Dorota Ficoń, od ponad 25 lat aktorka Teatru Witkacego w Zakopanem też...
"Zbierałem po nich nawet pety" - powiedział mi jeden z waszych fanów. Do teatru w Zakopanem pielgrzymowali młodzi ludzie z całej Polski, oglądali spektakle po kilka razy.

- Naszą publicznością byli młodzi ludzie zauroczeni atmosferą tego miejsca. Dostawaliśmy od nich listy - prawdziwe, wzruszające. Pisali głównie o swoich odczuciach - że pierwszy raz coś takiego widzieli, że nie przypuszczali, że teatr może być tak niesamowitym spotkaniem, że nie wiedzą, jak to się stało, ale czuli się częścią spektaklu, wręcz jego współtwórcami. Pisali o przeżyciach duchowych, o miłości, o Bogu - były to prawie mistyczne listy, wyznania. Albo o tym, że w nocy nie spali, bo jeszcze raz wszystko przeżywali.

Jak się zachowywali w teatrze?

- Czasami po latach przychodziły dziwne przeprosiny. Np. w spektaklu "Witkacy - Autoparodia" wiele scen rozgrywało się na małym dywanie, ludzie siedzieli wokół, ja - jak to u Witkacego - byłam parokrotnie zabijana. Leżałam prawie na kolanach widzów. Na początku zachowywali się przyzwoicie, tak jak ich nauczono. Potem zdarzało się np., że ktoś sprawdzał mi puls. Do takich zachowań się przyznawali.

Czasem na kogoś, kto był blisko, chlapnęła farba - krew. Pisał do nas potem, że był przeszczęśliwy - nie oddał ubrania do pralni, zachował je na pamiątkę.

Do tej pory ludzie proszą, żeby nie przedzierać biletów, bo chcą je zachować. Na Polesiu jest szkoła, której uczniowie opiekują się grobem Witkacego. Ktoś, kto tam był, powiedział - i pokazał zdjęcia - że na grobie leży mnóstwo wizytówek teatru, plakatów...

To tylko wasza zasługa czy też Witkacego?

- Na pewno wiązało się to z legendą - czasami skłamaną - "wariata z Krupówek". Przedstawiano go jako erotomana, dandysa, kokainistę. Zapominano, że pisał dramaty, powieści, zajmował się fotografią, był teoretykiem sztuki, malował. Młodzi ludzie myśleli, że nasz teatr, mając tak niekonwencjonalnego patrona, będzie wyrazem ich myśli, buntu. Spodziewali się czegoś zaskakującego: Witkacy - to będą numery. Witkacy był magnesem, a my to wykorzystywaliśmy, żeby pokazać im więcej - w ten sposób rzesze młodzieży zobaczyły Marlowe'a, Tomasza Manna, Camusa, Calderona.

Andrzej Dziuk pojechał w 1985 roku do Zakopanego z grupą młodych zapaleńców i zrobił teatr od podstaw. Jak to się właściwie zaczęło?

- Andrzej kochał góry, przyjeżdżał na wakacje do Małego Cichego, mieszkał u zaprzyjaźnionych gazdów na Tarasówce, pewnie tam wymyślił, co chce zrobić. Potem wybrał nas - jeszcze w szkole teatralnej w Krakowie przygotowywaliśmy "Don Kichota". To był eksperyment, któremu towarzyszyła niesłychana aura, wypożyczanie klucza na nocne próby, późne powroty do akademika. Nieprawdopodobnie się wszyscy zżyliśmy - Julia Wernio, Karina Krzywicka, Piotrek Dąbrowski, Krzysztof Łakomik, Piotrek Sambor, Krzysztof Najbor, Andrzej Jesionek, Andrzej i ja. To jest pierwszy skład teatru.

Rodzicami chrzestnymi teatru byli Anna Micińska i prof. Janusz Degler, to zobowiązuje.

A decyzja o przeprowadzce?

- Wszyscy tego chcieliśmy. Baliśmy się, że zmarnujemy to, co wytworzyło się dzięki naszemu spotkaniu, pracy. Chcieliśmy razem pracować. To Andrzej zdecydował o Witkacym. Zaczęliśmy go odkrywać, okazało się, że to dobry trop, jego twórczość, jego obecność w Zakopanem. Na początek przygotowaliśmy "Pragmatystów".

Jak to wtedy, za komuny, funkcjonowało? Nie mieliście statusu prawnego.

- Bez etatów, ubezpieczenia, dotacji, wszystko wynajmowane. Pieniądze z biletów, które sami sprzedawaliśmy na Krupówkach - za nie można było opłacić wynajęcie kolejnych sal na próby i przedstawienia. Kostiumy - we własnym zakresie, do tej pory trzymam buty, sukienki, w których grałam. Wszystko kombinowane. Szkoła teatralna pożyczyła reflektory, pomagali pracownicy techniczni ze Starego Teatru, gdzie Andrzej wcześniej pracował.

Dopiero w 1991 roku staliśmy się zawodowym teatrem, przyznano nam oficjalnie tytuł Teatr im. Stanisława Ignacego Witkiewicza. Przedtem działaliśmy jako sekcja zawodowa przy Towarzystwie Miłośników Teatru im. Heleny Modrzejewskiej.

A mieszkanie?

- Na początek Andrzej wynajął nam pensjonat Warszawianka - kilkuosobowe pokoje bez łazienek, tylko z umywalkami, mieszkałam m.in. z Kariną i jej córeczką Alicją, która niedawno skończyła Akademię Teatralną w Warszawie i jest naszą aktorką. Policzyłam, że w ciągu pięciu lat jedenaście razy się przeprowadzałam - jakieś wynajmowane pokoiki, zawsze tam, gdzie taniej. Pamiętam, że kiedyś tam, gdzie mieszkaliśmy, wybuchł pożar i po spektaklu wszyscy spaliśmy na scenie. Dla mnie ta prowizorka trwała do 1996 roku, kiedy - już z Andrzejem - zdecydowaliśmy się wziąć duży kredyt i mieć wreszcie własne lokum.

Można chyba powiedzieć o naszym teatrze, że to był pierwszy komercyjny teatr w Polsce, tyle że bez reklamy. Dopiero po dwóch-trzech latach pojawili się dziennikarze, zaczęli o nas pisać, wcześniej działała tylko poczta pantoflowa. Wstyd powiedzieć, ale na początku w dużym stopniu utrzymywali nas rodzice.

Źródło: Duży Format
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów