Wystarczyła seria krytycznych publikacji w mediach (m.in. w "Gazecie"), by nagle okazało się, że jednak można przygotować szczegółowy poradnik radzenia sobie z "dotacyjną papierologią", zorganizować szkolenia dla przedsiębiorców, zrezygnować z dublujących się procedur kontroli.
Równie nagle okazało się, że urzędnik odpowiedzialny za wypłacanie unijnych euro może po prostu zadzwonić do odbiorcy dotacji i wytłumaczyć mu, jak poprawnie wypełnić wniosek - zamiast wymieniać się korespondencją co 20 dni (bo tyle urząd ma na każdą odpowiedź).
Ba, nagle okazało się też, że dla firm ubiegających się o dotację na założenie e-biznesu można zorganizować prawdziwie XXI-wieczną formę wsparcia, czyli czat internetowy z ekspertem.
Pozostaje tylko żałować, że te wszystkie dobre rzeczy dzieją się dopiero teraz, a nie rok albo dwa lata temu. Każde ułatwienie dla osób i firm starających się o eurodotację jest na wagę złota. Pamiętajmy - do 2015 r. musimy wydać blisko 270 mld zł! Do tej pory wydaliśmy prawie 23 mld zł, więc w przyszłych kilku latach nastąpi kumulacja wydatków. Żeby maszyna nie zatkała się tą masą pieniędzy, urzędnicy muszą najpierw zrozumieć, że nikomu łaski nie robią, a potem z całego serca, szczerze pokochać przedsiębiorców, fundacje, małe samorządy i wszystkich innych beneficjentów unijnej kasy.
Internetowe czaty powinny w tym pomóc.
Źródło: Gazeta Wyborcza