http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Łamistrajk zasłużony dla KGHM

Michał Kokot
2010-02-16, ostatnia aktualizacja 2010-02-16 13:15

To już nie związek zawodowy, to firma, w której garstka przywódców dba tylko o to, żeby mieć ciepło pod dupą - opowiada były działacz Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego, drugiej po "Solidarności" organizacji w KGHM

- Przez lata związek zawodowy typował mnie do odznaczeń i orderów. Teraz gdy ośmieliłem się powiedzieć o nich prawdę, postanowili się mnie pozbyć. Ale ja się nie boję - podkreśla Edward Dereń, górnik z kopalni Rudna, który poszedł na wojnę z baronami związkowymi w KGHM.

Rudna to największa kopalnia kombinatu. Pochodzi z niej aż 41 proc. miedzi wydobywanej przez KGHM. Warunki pracy są tu najcięższe. Miedź fedruje się ponad 1200 metrów pod ziemią. Wśród spalin, huku maszyn i przy temperaturze rzadko schodzącej poniżej 35 st. Celsjusza. Na dużej głębokości nigdy nie można do końca przewidzieć, jak zachowa się górotwór. Dlatego tąpnięcia i wypadki, w których giną górnicy, zdarzają się najczęściej właśnie w Rudnej. W ostatnim tygodniu zginęło tam dwóch ludzi.

Dereń pracował w Rudnej przez 29 lat. W 2000 r. został społecznym inspektorem prac. Sprawdzał, czy górnicy nie pracują w zbyt wysokiej temperaturze lub za długo. Nakazywał naprawę sprzętu, gdy groziło to bezpieczeństwu górników. Podlegała mu połowa oddziałów w całej Rudnej.

- Przez lata ludzie wiedzieli, że mogą na mnie polegać - mówi Dereń.

Nic dziwnego, że w 2005 r. ludzie wybrali go do zarządu Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego. Na czele związku stoi Ryszard Zbrzyzny, poseł SLD. W Rudnej rządzi jego prawa ręka i pierwszy zastępca Leszek Hajdacki.

W 2006 r. związek wytypował Derenia do odznaczenia "Zasłużony dla KGHM", rok później został "Zasłużonym dla górnictwa Rzeczpospolitej", dwa lata później dostał medal "Za działalność na rzecz bezpieczeństwa".

Pod koniec stycznia tego roku koledzy związkowcy odwołali go ze stanowiska społecznego inspektora pracy.

Zbiorowe usprawiedliwienie

Posługując się terminologią górniczą, można powiedzieć, że po dwugodzinnym strajku 11 sierpnia ub.r. z Rudnej wyszła iskra, która spowodowała tąpnięcie pozycji związków zawodowych. Iskrę wykrzesał Edward Dereń.

Poszło o wypłatę czternastych pensji - ok. 8 tys. zł brutto. Po strajku prezes KGHM zagroził, że nie wypłaci pieniędzy tym, którzy brali udział w strajku, bo był nielegalny. Wtedy Dereń zaczął zbierać podpisy pod zbiorowym usprawiedliwieniem, w którym podpisujący wyjaśniali, że chcieli pracować, ale koledzy związkowcy im na to nie pozwolili, bo blokowali zjazd do szybu. Czternastka była wypłacana 15 stycznia 2010 r. Pod pismem podpisało się 88 proc. z 1943 osób, które strajkowały. Wyszło więc na to, że sierpniowego strajku... w ogóle nie było.

Związek zareagował tak, jak Dereń przewidywał. Jeszcze w październiku odwołał go z zarządu, a pod koniec stycznia odebrał stanowisko inspektora pracy. "Za" głosowały wszystkie związki, nawet "Solidarność", która stoi w ostrej opozycji do związku Zbrzyznego.

- Ten pan mówił nieprawdę: że ludzie nie chcieli strajkować, bo liczą się dla nich tylko pieniądze, a naprawdę ten sierpniowy strajk był przeciwko prywatyzacji i tym samym utracie miejsc pracy - tłumaczy Józef Czyczerski, szef "Solidarności" w KGHM.

Ta premia była za podwyżki

Dereń wie, że popełnił grzech najcięższy - zakwestionował decyzję przywódców związkowych i podważył ich pozycję. Przez całe lata to związkowcy byli potęgą, a nie zarząd KGHM. Co roku żądali podwyżek płac i niemal co roku je dostawali. Dzisiaj średnia płaca w KGHM wynosi 8,2 tys. zł brutto. Na tę kwotę składa się 16 (słownie: szesnaście!) miesięcznych pensji w roku, dodatki wypoczynkowe, tzw. kredkowe na wyprawkę szkolną dla dzieci i deputat węglowy dla górników i hutników.

W maju ub.r. związkowcy odnieśli spektakularny sukces. Doprowadzili do odwołania prezesa KGHM Mirosława Krutina powołanego za rządów PO. Pod biurem zarządu spółki wśród gwizdów 400 związkowców i huku petard wyraźnie zrezygnowany Krutin ogłosił przyznanie im 5 tys. zł premii. Następnego dnia minister skarbu zażądał jego odwołania.

- Cieszyliśmy się wtedy bardzo, a związkowcy byli noszeni niemal na rękach - opowiada Dereń. - Mało kto zdawał sobie sprawę, że to kwota brutto, jednorazowa wypłata, i to jeszcze wypłacana w dwóch ratach. Dopiero później to do ludzi dotarło. Szybko te pieniądze wydali. Nam zależy, by co roku rosło.

Podwyżek w KGHM nie było od dwóch lat, od kiedy władzę objęła PO. Krutin konsekwentnie odmawiał ich wypłacania, tłumacząc się kryzysem. Związkowcy na początku przebąkiwali o strajku, a w końcu zaczęli głośno nim grozić. - Po majowej demonstracji związki były mocne - mówi Dereń. - Tyle że w porozumieniu z maja stało jak byk: zarząd daje premie, a związkowcy odstępują od roszczeń płacowych na cały 2009 rok.

Baron strajkuje na urlopie

Okazja dla związkowców, by wzmocnić pozycję, pojawiła się latem 2009 r. Wtedy rząd zapowiedział sprzedaż 10 proc. akcji KGHM i prywatyzację innych spółek należących do skarbu państwa. Na liderów związkowych słowo "prywatyzacja" działa jak płachta na byka. Na 11 sierpnia wyznaczyli więc termin dwugodzinnego strajku ostrzegawczego.

Pracowników, idących do pracy w Rudnej, witał komunikat szefostwa spółki nadawany z zakładowego radiowęzła. Spiker informował, że strajk jest nielegalny. I, jak twierdzi Dereń, liderzy związkowi mieli tego świadomość.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    35 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':