Reżim Aleksandra Łukaszenki od kilku tygodni testuje cierpliwość Warszawy. Wczoraj nagonka na Związek Polaków na Białorusi osiągnęła apogeum.
Żaden europejski kraj nie może biernie przyglądać się coraz bardziej dotkliwym prześladowaniom rodaków mieszkających za granicą. Nie chodzi tu o ingerencję w wewnętrzne sprawy Białorusi, ale o podstawowe prawa człowieka.
Szef polskiej dyplomacji
Radosław Sikorski zainwestował wiele politycznego kapitału, by otworzyć drzwi UE dla Białorusi i przekonać zachodnie stolice, że konieczne jest przyciąganie wschodnich sąsiadów do strefy stabilności i demokracji, jaką jest Unia.
Gra z Łukaszenką jest ryzykowna, bo nie przestrzega on żadnych zasad i dba tylko o umacnianie swojej władzy. Związek Polaków - największa apolityczna organizacja pozarządowa na Białorusi - jest zaś forpocztą "strasznej zarazy", jaką dla reżimu jest demokracja. Dlatego Mińsk ostrzeżenia Warszawy ma za nic.
Polska musi ostro zareagować na ostatnie represje wobec Andżeliki Borys i innych polonijnych działaczy. Powinniśmy nakłonić Unię, by ostrzegła Mińsk, że takie traktowanie mniejszości narodowej grozi dotkliwymi sankcjami. Jak każdy reżim
Białoruś zrozumie tylko argument siły.