Wyborcy PO mają kłopot. Sikorski czy Komorowski? Ja kłopotu nie mam.
Źródłem kłopotów PO są sondaże. Bo pokazują, że w pierwszej turze Sikorski zdobyłby trochę więcej głosów, a w drugiej trochę wyżej pokonałby kandydata
PiS. Różnica jest mniejsza, niż niedokładność pomiaru, ale eksponowana na okładkach gazet robi jednak wrażenie. Dla mnie to nie jest argument. Paropunktowa różnica pół roku przed wyborami, nie jest ważna. Inna próba, inaczej zadane pytanie, sprawnie rozegrany dziadek z Wehrmachtu w kilka dni mogą ją odwrócić.
Inne badania podobno pokazują, że Sikorski ma trochę większą zdolność do zmobilizowania emocji, zatem jego kandydatura to większa frekwencja, więc mniejsze szanse PiS. Bo PiS nie może liczyć na więcej niż 30 proc. wyborców, a tylko przy bardzo niskiej frekwencji mniej niż 30 proc. wyborców może dać więcej niż 50 proc. głosów.
To też nie jest zbyt trafny argument. Po pierwsze, wywoływanie emocji to broń PiS. Po drugie, Komorowski umie wywoływać emocje - zwłaszcza u przeciwników - choć robi to tylko wtedy, gdy emocji rzeczywiście potrzeba. Po wygranych przez PiS wyborach 2005, właśnie Komorowski słowami "szkoda Polski!", nie tylko najtrafniej opisał sytuację, ale też doprowadził braci Kaczyńskich do szału i uniemożliwił powstanie POPiS-owego rządu z Rokitą i Marcinkiewiczem na czele.
Gdyby PO przyjęła wtedy linię Jana Rokity, najadłaby się wstydu, jak Radosław Sikorki, który jako PiS-owski minister obrony podpisywał (chociaż z oporami) wnioski o mianowanie Macierewicza wiceministrem, weryfikatorem i szefem Kontrwywiadu Wojskowego. Pożegnanie Sikorskiego z wojskiem było wzruszające, ale to pod jego rządami armia została ogłuszona i oślepiona przez weryfikatorów.
Obecność Sikorskiego w najbardziej szkodliwych rządach III RP można interpretować jako wallenrodowski kompromis, ale trudno uznać, że ten kompromis się sprawdził. Stefan Meller jako (też wallenrodowski) szef
MSZ potrafił wyhamować PiS-owskie szaleństwa w dyplomacji, a Sikorski legitymizował i autoryzował destrukcyjne obsesje swoich podwładnych oraz przełożonych.
Możemy spuścić na to zasłonę milczenia, uznając, że czasy były trudne, a oferta złożona przez PiS młodemu politykowi niesłychanie kusząca. Ale dalej nie było dużo lepiej.
Także jako dyplomata Sikorski notorycznie przeceniał swoje możliwości. Nie tylko w negocjacjach z Amerykanami, od których równie głośno, co nieskutecznie domagał się gigantycznej pomocy, ale też podejmując huczną, choć beznadziejną batalię o fotel szefa NATO, którą mimo wysiłków całej dyplomacji przegrał w upokarzający sposób czy atakując Gazociąg Północny, który z wdziękiem nosorożca porównał do paktu Ribbentrop-Mołotow.
Mając dużo dobrej woli, można te porażki zapisać na konto zakulisowych rozgrywek o jakieś większe stawki. Ale wtedy trudno wytłumaczyć obsesyjnie powracające (wypowiadane najpoważniej w świecie) żądanie zburzenia Pałacu Kultury, które wyśmiewa nawet Hanna Gronkiewicz-Waltz, słynną tablicę "Strefa zdekomunizowana" umieszczoną na bramie wiejskiej rezydencji ministra czy równie słynne zdanie o "dorzynaniu watahy", do której sam przecież jeszcze niedawno należał. Sensowniejsza wydaje mi się więc inna interpretacja.
Jako młody człowiek Sikorski był radykałem. Podobnie jak Macierewicz związał się m.in. z ROP Jana Olszewskiego, w którego rządzie był wiceministrem obrony i razem z którym przepadł w wyborach 1997 r. Ten radykalizm zaczął mięknąć, gdy w 1998 r. AWS mianował Sikorskiego jednym z zastępców Bronisława Geremka w MSZ.
Miał wtedy 35 lat. Od tego czasu przesuwa się ku politycznemu centrum. W wieku 47 lat jest już niemal politykiem centrowym. To "niemal" robi jednak różnicę. Od czasu do czasu przez wyuczony umiar przebija się jeszcze młodzieńczy radykalizm zaburzający pragmatyczne myślenie i racjonalną ocenę sytuacji. Przebija się coraz rzadziej, ale nie wiadomo, kiedy znów się przebije, więc nie ma gwarancji, że kandydat i prezydent Sikorski nie narobiłby Polsce bigosu podobnie jak jego poprzednik.
To nie znaczy, że
Radosław Sikorski nie nadaje się na prezydenta albo na kandydata. Jest politykiem wybitnym i szybko dojrzewa. Może być prawdziwym mężem stanu. Może pełnić najwyższe krajowe i światowe funkcje. Ale jeszcze nie teraz! Do całkiem samodzielnej i bardzo odpowiedzialnej roli musi jeszcze dojrzeć. I dojrzeje. Za 10 lat będzie kandydatem jak znalazł. Będzie miał dopiero 57 lat. Z grubsza tyle, ile miał obecny prezydent, obejmując urząd.
A na tegoroczne wybory PO też ma kandydata, jak znalazł. Komorowskiemu nie brakuje niczego, by wygrać i być dobrym prezydentem.