http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Musztarak - trwa największa ofensywa militarna w Afganistanie od dekady

Wojciech Jagielski, REUTERS, AP
2010-02-13, ostatnia aktualizacja 2010-02-13 17:50

Żołnierzom NATO udało się zająć jedynie niewielką część miasta Mardźa, twierdzy talibów. Trwają walki uliczne amerykańskich komandosów z ekstremistami. Ośmiu talibów aresztowano, pięciu nie żyje - mówi rzecznik gubernatora prowincji Helmand, Dawoud Ahmadi. Po stronie NATO zginęło pięciu żołnierzy, do tej pory nie podano ich narodowości.

kapral Steven Lex
z 6. pułku amerykańskiej piechoty
morskiej wczoraj na przedpolu
Mardży ogląda list od córki
Fot. David Guttenfelder AP
kapral Steven Lex z 6. pułku amerykańskiej piechoty morskiej wczoraj na...
Amerykańscy stratedzy mają nadzieję,
że odbicie Mardży z rąk talibów
przeważy szalę wojny na stronę
zachodniej koalicji. W ataku weźmie
udział 15 tys. żołnierzy z USA
i Wielkiej Brytani
Amerykańscy stratedzy mają nadzieję, że odbicie Mardży z rąk talibów przeważy szalę wojny na stronę zachodniej koalicji. W ataku weźmie udział 15 tys. żołnierzy z USA i Wielkiej Brytani
SERWISY
W I fazie ofensywy udział bierze ponad cztery tysiące marines i około półtora tysiąca żołnierzy armii afgańskiej. W dalszej części ofensywy natowskiej w prowincji Helmand wezmą udział Brytyjczycy, Duńczycy, Francuzi i Estończycy.

Operacja "Musztarak" ("Wspólnie"), największe od inwazji w 2001 r. natarcie zachodnich wojsk na talibów, rozpoczęła się w piątek na południu Afganistanu.Celem natarcia jest 100-tys. miasto Mardża w prowincji Helmand, opanowane cztery lata temu przez talibów i przemienione w ich stolicę na afgańskim południu. Stąd wyruszają do ataków w Helmandzie, a także w położonym przez miedzę Kandaharze. Tu uciekali przed pościgami zachodnich żołnierzy.

Talibowie urządzili w mieście fabryki min i bomb, które podkładają na drogach. W Mardży zaprowadzili wreszcie swoją administrację, sądy i policję.

Miasto zbudowali Amerykanie, którzy na prośbę afgańskiego króla pod koniec lat 50. zgodzili się stworzyć na środku helmandzkiej pustyni zieloną oazę. Dzięki nim Mardża stała się rolniczym zagłębiem Afganistanu. Wykopane przez Amerykanów labirynty kanałów irygacyjnych przemieniły pustynię w pola pszenicy i sady, które zaczęli uprawiać dawni koczownicy osadzani na roli przez króla.

Liczne wojny zniszczyły jednak miasto, a chłopi zamiast pszenicy zaczęli uprawiać w Helmandzie mak, z którego wyrabiali narkotyki. Labirynty kanałów irygacyjnych stały się frontowymi okopami. Dziś bronią się w nich talibowie, a szturmują je Amerykanie, którzy sami je kiedyś wykopali.

Talibowie zajęli Mardżę, podobnie jak wioski w Helmandzie, w 2006 r., kiedy odrodziwszy się jako partyzanckie wojsko, przeszli w Afganistanie do natarcia. NATO przyznaje, że o ile w 2004 r. cała armia talibów w Afganistanie nie liczyła nawet tysiąca ludzi, dziś walczy w niej do 30 tys. żołnierzy.

Kilka tysięcy brytyjskich żołnierzy (dziś jest ich tam ponad 10 tys.), którym powierzono pod kontrolę Helmand, nie było w stanie nadążyć za talibami. Wygrywali z nimi bitwy, ale nie mieli sił, by wystawiać garnizony we wszystkich zajmowanych wioskach, oazach czy dolinach. Po zwycięskich operacjach zabierali się więc do koszar, a partyzanci wracali do wsi, z których ich wcześniej przepędzano.

Aby powstrzymać ekspansję talibów, w zeszłym roku Amerykanie posłali do Helmandu 20 tys. żołnierzy piechoty morskiej. W tym roku ma ich wylądować jeszcze drugie tyle.

Latem i jesienią Amerykanie i Brytyjczycy wyparli talibów z miast Garmser i Nawa. Nie wycofali się jednak z nich, lecz ściągnęli urzędników, sędziów, policjantów i zaczęli odbudowywać z wojennych zniszczeń. Kiedy przed świętami Bożego Narodzenia Amerykanie zajęli powiat Nau Zad, Mardża i powiat Nad Ali pozostały ostatnimi ważnymi redutami talibów w Helmandzie.

Od tygodni amerykańskie i brytyjskie wojska pacyfikowały wioski wokół Mardży, zacieśniając powoli pierścień wokół miasta. Od kilku dni na jego przedmieściach dochodziło już do regularnych strzelanin. Czerwony Krzyż alarmował, że gwałtownie rosła liczba pacjentów, którzy z ranami postrzałowymi zwożeni byli do szpitali w Helmandzie i Kandaharze.

Do natarcia na Mardżę wyznaczono 15 tys. żołnierzy z USA i Wlk. Brytanii. Nigdy dotąd w operacjach zbrojnych w Afganistanie nie uczestniczyło aż tylu ludzi. Przede wszystkim jednak w szturmie na miasto weźmie po raz pierwszy udział aż 2,5 tys. żołnierzy armii afgańskiej. Do tej pory udział Afgańczyków w walkach był symboliczny.

Teraz wyszkolenie afgańskiego wojska jest najważniejszym celem Zachodu. Prezydent Barack Obama żąda od swoich generałów, by w 2010 r. osłabili talibów na tyle, by odpowiedzialność za walkę z nimi wzięło na siebie afgańskie wojsko. W 2011 r. Amerykanie mogliby zacząć wycofywać się z Afganistanu.

- Nasze zwycięstwo nie będzie zależało od tego, ilu wrogów uda nam się położyć trupem, lecz od tego, ilu Afgańczyków uda nam się do siebie zjednać - powtarza dowódca zachodnich wojsk w Afganistanie, gen. Stanley McChrystal. Po wyparciu talibów z Mardży Amerykanie chcą jak najszybciej ściągnąć tam administrację, otworzyć szkoły i szpitale. - Talibowie są przekonani, że to oni są górą w wojnie - dodaje szef połączonych szefów sztabów USA adm. Mike Mullen. - Naszym zadaniem jest, by uznali, iż nie mają szans na wygraną. Najbliższych 12 miesięcy zdecyduje o losach afgańskiej wojny.

Nie mając szans w starciu z zachodnimi wojskami, talibowie nie przyjmują otwartych bitew. Wycofują się, organizując zasadzki, dokonując zamachów i podkładając miny. Talibowie z Mardży zapowiadają, że będą bronić miasta, które przerobili na obronną fortecę. Dowódca amerykańskiej piechoty morskiej w Helmandzie, gen. Lawrence Nicholson twierdzi, że Mardża to największe pole minowe, na jakim przyjdzie walczyć wojskom Zachodu.

Miasta broni 2 tys. talibów, którzy od tygodni przygotowywali się do starcia. Przerabiali kanały irygacyjne na okopy, a domostwa na fortece, do których zwozili na motocyklach karabiny, moździerze i wyrzutnie rakiet. We wtorek przestali wypuszczać z miasta cywilów, twierdząc, że zaminowali wszystkie drogi.

Zachodni dowódcy od miesięcy zapowiadali natarcie, ale ze 100 tys. mieszkańców Mardży tylko kilka tysięcy zdecydowało się na wyjazd z miasta. Ci, którzy pozostali, uwierzyli w obietnice Amerykanów, że tym razem będą oszczędzać w walkach cywilów. W piątek przed atakiem w zrzuconych na miasto ulotkach Amerykanie przestrzegli jego mieszkańców, by nie pomagali talibom i nie wpuszczali ich do swoich domostw.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':