Przypuszczam, że tę anegdotę znają również nasi ministrowie. Inaczej trudno zrozumieć sposób, w jaki rząd zatwierdził w środę nowe gazowe porozumienie z Rosją negocjowane przez ponad rok.
To jedna z najważniejszych umów gospodarczych Polski. Na jej podstawie Polska przez ponad ćwierć wieku sprowadzi z Rosji gaz za co najmniej 100 mld dol., przyzna Gazpromowi ulgi w opłatach za tranzyt gazu przez Polskę i jeszcze zatwierdzi monopol Gazpromu na wykorzystanie gazociągu tranzytowego przez Polskę - wbrew przepisom o liberalizacji europejskiego rynku gazu, jakie wkrótce ma przyjąć Unia.
Wydawałoby się, że taką umowę należało gruntownie przedyskutować na posiedzeniu rządu. Ale żadnych debat nie było. W środę po południu Ministerstwo Gospodarki przesłało do kancelarii premiera wniosek o zatwierdzenie umowy. Co dziwne, wniosku nie skierował minister gospodarki i wicepremier Waldemar Pawlak odpowiedzialny za gazowe negocjacje z Rosją, lecz wiceminister Grażyna Henclewska odpowiedzialna za... branżę samochodową. A sekretarz Rady Ministrów Maciej Berek przesłał ten wniosek ministrom do zatwierdzenia w trybie obiegowym, w jakim zwykle rząd zatwierdza mało istotne decyzje. Na obiegowe załatwienie sprawy ministrowie mieli niespełna trzy godziny.
To mało poważny sposób na zatwierdzenie poważnej umowy. Ale jeśli kiedyś okaże się, że są z tą umową problemy, to nikt nie wytknie ministrom, że nie zgłaszali zastrzeżeń na posiedzeniu rządu. Bo przecież umowa nie trafiła na posiedzenie rządu. A wicepremier Pawlak będzie mógł powiedzieć, że on nie przyłożył ręki do zatwierdzenia umowy w tak dziwnym trybie. Widać dla rządu było jasne, że nie należy dotykać gazowej umowy. Bo to niebezpieczne.
Źródło: Gazeta Wyborcza