Minister
Ewa Kopacz chce porozumienia ponad politycznymi podziałami w sprawie reformy zdrowia. To pozwoliłoby uniknąć bezsensownych przepychanek w dziedzinie dotyczącej wszystkich Polaków. I sprawiłoby, że opieka zdrowotna będzie systematycznie poprawiana przez kolejnych ministrów zdrowia, zamiast - jak dotąd - popychana w jednym kierunku przez jednego ministra, by za cztery lata jego następca zmieniał kierunek.
Inną sprawą jest sposób, w jaki pani minister do tego ideału dąży. W poniedziałek zwołała debatę pt. "Komu nie zależy na reformie systemu ochrony zdrowia" z udziałem 20 gości - posłów opozycji, przedstawicieli samorządu lekarzy, pielęgniarek i pacjentów, wybranych konsultantów krajowych, dyrektorów szpitali publicznych i niepublicznych. Taka powtórka "białego szczytu" sprzed dwóch lat, tylko w skali mini.
Minister chciała uzyskać odpowiedzi na pięć pytań: 1. co to jest reforma systemu zdrowia? 2. jak skrócić kolejki i zadowolić pacjentów? 3. co zrobić, by specjalistów było więcej i żeby zostawali w Polsce? 4. jeśli nie plan B, to co 5. i tytułowe pytanie debaty.
Już na początku doszło do różnicy zdań. Panią minister oburzyły pojedyncze głosy mówiące, że zasadnicza reforma systemu nastąpiła 11 lat temu razem z wprowadzeniem ubezpieczeń, lekarza rodzinnego i regulacji obowiązujących przy przyjęciu do specjalisty czy szpitala. A wszystko, co następowało w kolejnych latach pod rządami kolejnych ministrów, to korekty tej reformy. - Ja reformuję system i nie wstydzę się tego - uświadamiała uczestników debaty Ewa Kopacz, aż Dorota Gardias, przewodnicząca związku pielęgniarek, stwierdziła, że czuje się jak w szkole, gdzie nauczyciel poucza uczniów.
Co chciała osiągnąć pani minister? - To spotkanie służy temu, by propozycje rządu nie spotkały się tylko i wyłącznie z totalną krytyką - wyjaśniła zebranym. O propozycjach rządu goście się jednak nie dowiedzieli. Mają obowiązek się domyślać, że będą one jedynie słuszne.
Pani minister już przewidziała swoje przyszłe walki o reformę i już wie, jaki opór będzie musiała pokonać. Podsumowała debatę, mówiąc, że na reformie nie zależy komornikom żyjącym z długów szpitali, nie zależy nieudolnym dyrektorom szpitali, nie zależy personelowi tychże szpitali, którzy o godz. 11 opuszczają miejsce pracy i udają się do innego, i że na palcach jednej ręki może też policzyć organy założycielskie szpitali, czyli samorządy, zainteresowane reformą. Z tej wypowiedzi można wysnuć wniosek, że powszechna komercjalizacja szpitali jest dla niej synonimem reformy.
Nie warto byłoby się rozwodzić nad jedną nieudaną debatą, gdyby nie jej konsekwencje. Wszyscy, którzy ośmielili się mieć odmienne zdanie, zostali obrażeni. Na kolejne debaty będzie się stawiać coraz mniejsza grupka klakierów i w coraz węższym gronie odbywać się będzie "reformowanie" systemu.
Dwa lata temu istniała realna szansa na uchwalenie i przyjęcie ustawy o komercjalizacji szpitali, gdyby ze strony rządu była chęć zawarcia kompromisu. Jako uczestniczka wielu obrad komisji zdrowia w tamtych czasach mogę zaświadczyć, że ta szansa została zaprzepaszczona z powodu sztywnego stanowiska posłów koalicji. Dochodziło do absurdów - nawet propozycja przecinka mogącego zrobić zapis bardziej czytelnym była przegłosowywana odmownie, jeśli zgłaszał ją poseł opozycji.
Polityka to sztuka kompromisów. Kompromis według obecnej minister zdrowia to przyjmowanie w ciemno i bez dyskusji wszelkich jej propozycji. Z tą naturą wojownika zasługuje na dożywotni etat lidera opozycji, a nie ministra. Gdyby taki etat istniał, Ewa Kopacz sukcesy miałaby tak samo spektakularne, jak teraz w roli ministra. Jej dwuletnie osiągnięcia jest w stanie zweryfikować dzisiaj każdy pacjent.