- Jestem bardzo zadowolona. W tej sprawie nie ma zwycięzców ani pokonanych - mówiła dziennikarzom Steinbach, wychodząc ze spotkania z szefami frakcji parlamentarnych CDU, jej bawarskiej siostrzanej partii CSU i liberalnej FDP. Po trwającym miesiące sporze partie dogadały się w kwestii kontrowersyjnej szefowej Związku Wypędzonych. Berlin i Warszawa na chwilę odetchnęły z ulgą. Być może po dziesięcioleciu skończy się przepychanka o Erikę Steinbach.
Spór dotyczył tego, jak upamiętnić kilkanaście milionów Niemców, których po wojnie deportowano z m.in. Polski i Czechosłowacji. Steinbach 11 lat temu rzuciła hasło, by zrobić to w berlińskim Centrum przeciw Wypędzeniom. Warszawa i niemiecka lewica oprotestowały ten pomysł, bo zakładał, że niemieccy wypędzeni będą sami pisać swoją historię. Obawiano się manipulacji - robienia z Polaków i Czechów sprawców, a z deportowanych Niemców niewinnych ofiar wojny. W 2005 r. ówczesny rząd CDU i SPD postanowił, że sam upamiętni wypędzonych w muzeum o roboczej nazwie "widoczny znak". Cztery lata później, gdy kompletowano jego 13-osobową radę zarządzającą, pojawiły się poważne problemy. Zgłosiła do niej swój akces Steinbach, choć wcześniej rząd Niemiec obiecywał Polsce, że tak kontrowersyjna osoba nie będzie miała z muzeum nic wspólnego.
Kanclerz
Angela Merkel początkowo blokowała Steinbach. Jednak po wyborach we wrześniu zeszłego roku, gdy powstał rząd CDU/CSU i FDP, sprawa stanęła na ostrzu noża. Dopuszczenia Steinbach do rady muzeum zażądało konserwatywne skrzydło chadecji. Liberałowie powiedzieli "nie". - Steinbach głosowała przeciwko uznaniu granicy na Odrze i Nysie. Szkodzi polsko-niemieckiemu pojednaniu - uzasadniał wówczas szef partii i
MSZ Guido Westerwelle.
Steinbach najpierw groziła rządowi sądem, stawiała ultimatum, a w końcu warunki, na których byłaby gotowa zrezygnować z prac w radzie "widocznego znaku". Zażądała m.in., by jej Związek desygnował sześciu, a nie - jak dotąd - trzech członków rady oraz by rząd zrezygnował z prawa weta wobec kandydatur. Wczoraj koalicja przychyliła się do tych postulatów. Rada "znaku" zostanie rozszerzona z 13 do 21 członków - dodatkowe fotele dostanie także parlament oraz niemieckie kościoły i Centralna Rada Żydów
Sęk w tym, że rząd postanowił jednocześnie, że wszystkich członków rady będzie przed powołaniem zatwierdzał Bundestag. - Steinbach chciała wyzwolić muzeum spod politycznej kontroli, by móc obsadzić je swoimi ludźmi. Tymczasem doprowadziła do jej zwiększenia. Nie będzie już zamkniętych targów w urzędzie kanclerskim, tylko publiczna debata nad kandydatami w parlamencie. Wypędzeni nie będą w stanie przemycić ludzi z plamami w życiorysie, np. dawnych rewizjonistów. Partie wyczulone na te kwestie mają większość - mówi jeden z polityków FDP.
Sama Steinbach obiecała publicznie, że dotrzyma słowa i zrezygnuje z wejścia do rady "znaku".
Taki kompromis to dowód na to, jak bardzo osłabło jej polityczne znaczenie. Ze sporu wychodzi z pustymi rękami. Nie będzie miała bezpośredniego wpływu na muzeum wypędzonych, choć zapewne spróbuje sterować nim poprzez członków desygnowanych przez jej związek. Zyskała za to potężnych wrogów. Tajemnicą poliszynela w Berlinie jest to, że niechęć, jaką darzyła ją Angela Merkel, zamieniła się w otwartą nienawiść. Merkel ma jej za złe przede wszystkim to, że walcząc o miejsce w radzie, kilkakrotnie otwarcie podważała jej pozycję. Wykorzystali to przeciwnicy kanclerz w łonie chadecji - m.in. politycy bawarskiej CSU, którzy forsując Steinbach, próbowali zapędzić Merkel pod ścianę. Plotka, która obiega berlińskie salony, głosi, że Merkel jej tego nie odpuści.