Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński: Czy każdy mężczyzna nadaje się na ojca? Ks. Wacław Oszajca: Wygląda na to, że nie. Wprawie kanonicznym jest przeszkoda - psychiczna niezdolność do podjęcia obowiązków rodzinnych. Mogą się zdarzyć niedojrzałe osobowości, z którymi nie da się żyć po sąsiedzku, a co dopiero pod jednym dachem.
Co zrobić, jeśli ojciec ma dziecko, a w ogóle się do tego nie nadaje? - Pomóc takiemu człowiekowi, by zaczął się stawać ojcem. W najbardziej skrajnych przypadkach pomóc matce, by mogła wychowywać dziecko bez ojca.
Spowiadał się u księdza ojciec, który bił się w pierś: "Za mało czasu spędzałem z dzieckiem"? - Coraz częściej to się zdarza. Cieszę się z tego, bo to już początek nawrócenia. Dostrzegam coś jeszcze. Mężczyźni na płaszczyźnie emocjonalnej odkrywają w sobie pewne pokłady, których nie spodziewali się znaleźć. Ojcowie polscy są na etapie zdziwienia samym sobą, tym na przykład, że bycie z dzieckiem sprawia im radość. W tamtym roku miałem późny urlop - we wrześniu. Chodzę po górach od 40 lat. Tylu ojców z małymi dziećmi nigdy nie widziałem. Siedzi taki szkrab w nosidełku na brzuchu ojca i się do mnie śmieje. Aż zazdrość bierze.
Mamy wrażenie, że Kościół widziałby kobietę najchętniej w domu przy dzieciach. Tylko ojciec ma prawo realizować się w pracy? - Różnie z tym na przestrzeni wieków w nauczaniu Kościoła bywało. Dziś Kościół nie wychwala modelu patriarchalnego. Rodzina ma być miejscem pełnego rozwoju wszystkich jej członków. Jeżeli się o tym zapomni, będziemy traktować się jak przedmioty. Dodałbym jeszcze - dzieci muszą widzieć miłość rodziców, bo - jak pisze
Benedykt XVI - "miłość między mężczyzną i kobietą wyłania się jako wzór miłości ( ) w porównaniu z którym ( ) każdy inny rodzaj miłości blednieje".
W Biblii można znaleźć wzór ojca? - Mamy Boga-ojca, który nigdy nie zniechęca się do swoich dzieci.
Księdza ojciec - Był cieślą. Zjawiał się w sobotę wieczorem. Przez cały tydzień, czasem dwa pracował na budowach. Ale nie odczuwałem z tego powodu jakiegoś dyskomfortu. Nikomu z nas do głowy nie przychodziło, by ojciec od nas odszedł. Mój świat był inny niż obecny.
Jaki? - Była nas trójka rodzeństwa, dziadkowie, no i rodzice. Dziś mówi się o atmosferze domowej. Wtedy ją tworzyły nie słowa, ale sposób traktowania siebie nawzajem. W domu było niewiele słów. Nikt nikogo nie zapewniał o miłości, o przyjaźni. Na ten temat się nie mówiło. To się czuło.
Teraz wszyscy podkreślają, że dziecku trzeba mówić, że się je kocha. - Nie wychowuję dzieci, nie będę więc udzielał rad. Ale wydaje mi się, że dobrze by było, aby w rodzinach i Kościele było mniej słów, mniej zapewnień o miłości. Więcej czynów.
Nie było u księdza w domu przytulania? - Owszem, ojciec pogłaskał czasem po głowie, matka czasem przytuliła albo też mokrym ręcznikiem dała po łbie, jak trzeba było. Dla mnie było oczywiste, że mam dom, wszystko, co do życia potrzebne. Tragedią było, jak poszedłem po siódmej klasie do internatu do Tomaszowa Lubelskiego. Tam poznałem, co to konkurencja, złośliwość. W święta nie mogłem się doczekać, aż ojciec zabierze mnie i siostrę z internatu do domu. I wcale nie z powodu prezentów. Bo prezentów nie było. Cieszyłem się, że będę z ojcem, matką
Czy Kościół mógłby się włączyć w propagowanie odpowiedzialnego ojcostwa? - Nastąpiło pewne zaniedbanie. Jeszcze 30 lat temu w czasie rekolekcji wielkopostnych wygłaszano w Kościele tzw. nauki stanowe. Były przeznaczone dla mężczyzn, kobiet, dzieci, młodzieży. Teraz zostały tylko dla dorosłych i dzieci. Powinno się wrócić do dawnego zwyczaju. Wiele do zrobienia jest też z katechezą szkolną. Nie wystarczy tylko mówić o antykoncepcji czy aborcji. Trzeba pokazywać piękną stronę małżeństwa i ojcostwa.
Księża mają to robić? - Księżom i zakonnicom żyjącym w celibacie będzie trudno temu sprostać. Trzeba więc wykorzystać katolickie rodziny. Niech pokażą to na własnym przykładzie.
Niektórych świeckich już dziś można spotkać na naukach przedmałżeńskich. Uczą młodych, jak założyć rodzinę. Przeważnie panie - ojców nie widać. Mówią tak odrealnionym, teologicznym językiem, że 20- czy 30-latek nic z tego nie rozumie. - Po pierwsze, kursy przedmałżeńskie są za późno odbywane. Najczęściej, gdy już lada dzień jest ślub. Po drugie - źle organizowane. Bo polegają tylko na zbieraniu podpisów. Młodzi się ścigają. Mają - przynajmniej w Warszawie - rozpisany cały grafik, aby załatwić wciągu tygodnia wszystkie wykłady. Po trzecie, prowadzący też pozostawiają wiele do życzenia. Ta forma kursów się nie sprawdza.
Jak można je poprawić? - Na kursy powinni chodzić nie narzeczeni, którzy lada chwila mają się pobierać, ale osoby, które dopiero wchodzą w dorosłość. Odpowiedzialnego ojcostwa powinni się uczyć dużo wcześniej. Nie może - wszystko jedno, czy świecki, czy ksiądz - wygłaszać wykładu i wychodzić. Wszelkie kursy to jednak tylko pomoc. Ojcostwa powinno się uczyć w domu.