Z moim ojcem spędzaliśmy razem dużo czasu, choć emocjonalnie raczej byłem bliżej z mamą. Mój ojciec jest wykładowcą wf. na Uniwersytecie Gdańskim i jego wizja wychowania syna polegała na wychowaniu poprzez sport. Dla mnie wybrał siatkówkę. Chodziłem na treningi trzy razy w tygodniu. Nieraz się buntowałem. Ale ojciec, wychowany w czasie wojny, jak pewnie większość ludzi z tego pokolenia nie wyobrażał sobie negocjacji z dzieckiem. Po prostu mówił, co mam robić, więc to robiłem. Dziś wiem, że by coś osiągnąć, potrzebna jest dyscyplina, twarda ręka, ale mój tata mi tego nie tłumaczył. Szkoda, pewnie oszczędziłoby to nam sporo negatywnych emocji.
Dziesięć centymetrów ponad chodnikami Nie planowaliśmy jakoś specjalnie dziecka, ale ta ciąża "wisiała w powietrzu". Od lat mamy zżytą grupę przyjaciół i po studiach wszystkie pary najpierw po kolei brały ślub, a potem zaczęły się rozmnażać. Razem tworzymy taką "grupę wsparcia": gadamy o pieluchach i żłobkach, wymieniamy się ciuszkami itp.
Oczywiście byłem przy porodzie. Wcześniej chodziłem z Magdą do szkoły rodzenia, jako były chórzysta uczyłem ją oddychania przeponą. Poród był ekstremalnym przeżyciem - taki skok adrenaliny, po narodzinach rozpłakałem się jak dziecko, a przez tydzień chodziłem dziesięć centymetrów ponad chodnikami. Od początku kąpałem, przewijałem, karmiłem itp. - w przeciwieństwie do mojego ojca, który takich zadań unikał. Dla niego fizjologia to temat tabu, irytują go reklamy podpasek, nie wyobrażam sobie, jak zmienia pieluchę. Dla mnie natomiast to nigdy nie był problem. Jasne, że nie jestem oddanym fanem defekacji, ale mogę o tym rozmawiać, nie krępuje mnie to (śmiech).
Niektórzy psychologowie twierdzą, że mężczyzna zaczyna się interesować dzieckiem dopiero wtedy, gdy zaczyna ono mówić. Starałem się, żeby u nas było inaczej. Kupiliśmy specjalne chusty do noszenia dziecka i okazało się, że to świetna rzecz - cielesna bliskość pozwala nawiązać niesamowitą więź z dzieckiem. Iga urodziła się w czerwcu, było ciepło, zawijałem ją więc w chustę na brzuchu, ona przywierała do mnie jak koala, zasypiała, a ja czułem ten fantastyczny transfer energii. Na szczęście mam nieregularny czas pracy. W weekendowe wieczory jestem w pracy, ale mam za to czas, żeby zjeść z dzieckiem
śniadanie, odwieźć do żłobka albo do lekarza, bo, niestety, to chodzenie do żłobka wygląda tak, że pięć dni jest OK, a następne dwa-trzy tygodnie dziecko choruje. Wtedy nieraz biorę urlop, żeby zostać z córką w domu.
Gotowanie zupy zamiast wieży z klocków Nasz wspólny dzień? Iga jest zakochana w Lumpku, słoniku z"Kubusia i Hefalumpów", rano musi więc obejrzeć tę bajkę. Uczymy się piosenek z filmu, potem je śpiewamy.
Nasz pierwszy dzień był lekcją pokory i cierpliwości. Bo żeby fajnie spędzać czas z dzieckiem, musisz odstawić swoje prywatne zajęcia czy hobby. Tekst "Ty się pobaw, a tata popracuje" zdecydowanie odpada - zaraz zaczyna się szarpanie komputerowej myszki, walenie w klawiaturę.
Lubimy mieć misję do spełnienia: wybrać się do lekarza albo kawiarnio-księgarni Exlibris. Mimo że mamy
samochód, najczęściej jedziemy tramwajem, bo więcej przy tym się dzieje - kupujemy bilet, potem jedziemy i obserwujemy wszystko przez okno, komentujemy. Albo jedziemy rowerem: Iga wkłada kask, zawsze przy tym pilnuje, żebym ja też go założył. I zakładam - nie ma tak, że się wywyższam, bo jestem dorosły. Uczę ją, że jej zdanie też się liczy.
Na dziecko trzeba mieć sposób Od początku staramy się jasno wytyczać granice, a potem konsekwentnie się ich trzymać. Nie ma więc spania z nami (chyba że jest chora). I rano, gdy idę do Igi, ona z dumą mówi: "A ja przespałam całą noc w swoim łóżku!". Nie musieliśmy też stosować żadnych ochraniaczy na kanty mebli, nie chowaliśmy noży - Iga wie, że nie może ich ruszać. Ja też wobec niej dotrzymuję słowa - nawet gdy ona zapomni, że obiecałem jej np. lizaka po spacerze. Fajnie się negocjuje z dzieckiem - to niesamowite, jak można się dogadać z takim dwulatkiem. Wiadomo np., jaki jest wrzask, gdy z placu zabaw trzeba iść do domu. Ale wystarczy się umówić: jeszcze trzy zjazdy ze zjeżdżalni i wracamy, by po tych trzech razach dzieciak w skowronkach ruszał do domu.