Polskie
MSZ źle zrobiło, nie odwołując wizyty ministra spraw zagranicznych Białorusi w Warszawie kilka dni po akcji białoruskiej milicji, która siłą odebrała Polonii Dom Polski w Iwieńcu i zatrzymywała pod absurdalnymi zarzutami działaczy Związku Polaków.
Wizyta tak wysokiej rangi przedstawiciela białoruskiego rządu w kraju Unii Europejskiej powinna być nagrodą "za dobre zachowanie" Mińska. Powinna być premią, bo jest medialnie głośna i w białoruskich mediach będzie słusznie przedstawiana jako kolejny przykład wychodzenia tego kraju z europejskiej izolacji.
Tymczasem sytuacja białoruskich Polaków jest z miesiąca na miesiąc gorsza. Za chwilę w rękach prawowitego Związku Polaków nie będzie już żadnego Domu Polskiego, nie będzie też polskiej szkoły ani działalności humanitarnej Związku.
Reżim Łukaszenki będzie dalej konsolidował władzę, np. odcinając opozycję od internetu, ostatniego wolnego medium na Białorusi. Społeczeństwo obywatelskie, a raczej jego zaczątki, przestanie na Białorusi istnieć.
Odwołanie wizyty szefa białoruskiego MSZ w Warszawie nie jest zamrażaniem czegokolwiek, lecz głosem sprzeciwu i uznaniem prawdy - nie mieliśmy i nie mamy żadnego wpływu na białoruskie władze. Wiara w siłę rozmowy jest dobra, ale nie może być dogmatem, zwłaszcza wobec autorytarnych reżimów.