PZU ostro tnie koszty. W tym roku pracę straci ponad 2,3 tys. osób z 15 tys. zatrudnionych. Kolejne 5,2 tys. dostanie do podpisania nową umowę. Dla połowy z nich będzie to formalność - zmienią się przecinki w umowach. Reszta stanie przed wyborem: albo zgodzą się na zmianę miejsca pracy i więcej obowiązków, albo odejdą z firmy.
Zwalnianym trudno będzie znaleźć nowe zajęcie. W styczniu bez pracy było ponad 2 mln Polaków. W ciągu miesiąca
bezrobocie wzrosło do 12,8 proc. z 11,9 w grudniu. Ministerstwo Pracy szacuje, że na koniec roku bezrobocie może wzrosnąć nawet do 13 proc.
- Nie mamy wyboru, musimy podjąć trudne decyzje, bo jesteśmy do tego zmuszeni - mówi prezes PZU Andrzej Klesyk. I pokazuje liczby: - Koszty administracyjne mamy na poziomie 12 proc., a każda szanująca się instytucja naszej wielkości powinna mieć 8 proc. Inaczej nie będziemy mogli konkurować z międzynarodowymi grupami finansowymi obecnymi na polskim rynku.
Zmiany są konieczne, bo jeszcze w tym półroczu PZU ma zadebiutować na warszawskiej giełdzie. Będzie to możliwe dzięki zakończeniu w październiku wieloletniego konfliktu między głównymi akcjonariuszami spółki - skarbem państwa i holenderskim Eureko. Według pytanych przez "Gazetę" analityków zwolnienia mogą poprawić notowania PZU wśród inwestorów.
PZU to kolos na glinianych nogach. Choć w tym roku zarobi nawet 4 mld zł, to od lat traci udziały w rynku. Niedawny monopolista dzisiaj sprzedaje już zaledwie co trzecią polisę komunikacyjną. Jeśli nie powstrzyma tego trendu, za kilka lat może stracić pozycję lidera na rynku ubezpieczeniowym.
Poprawić musi się wydajność pracowników. O ile w większości firm ubezpieczeniowych pracownik załatwia sześć-siedem szkód dziennie, o tyle w PZU średnio zaledwie półtorej.
- Wielkość zatrudnienia musimy dopasować do potrzeb firmy - tłumaczy Rafał Stankiewicz, członek zarządu PZU. Jego zdaniem żadna firma nie może sobie pozwolić na utrzymywanie dwa razy więcej pracowników, niż potrzebuje. - W wielu miastach mamy po dwie placówki, osobną dla spółki życiowej i osobną dla majątkowej. To nie ma sensu i będziemy je łączyć - tłumaczy Stankiewicz.
To już druga fala zwolnień w PZU. Pod koniec ubiegłego roku pracę straciło 300 osób. Liczba dyrektorów w centrali spółki spadła o jedną czwartą, a w regionach zmniejszyła się nawet o połowę. Cięcia były jednak dwukrotnie mniejsze, niż wcześniej planowano. Na więcej nie zgodziły się związki zawodowe.
Teraz związkowcy zapowiadają, że wyjdą na ulice. Dzisiaj "Solidarność" ma protestować przed Ministerstwem Skarbu i Sejmem. - Domagamy się wstrzymania zwolnień, bo prowadzi to do osłabienia spółki - mówi Jerzy Lenart, przewodniczący "Solidarności" w PZU. Napisał już w tej sprawie list do premiera Donalda Tuska. - List wysłaliśmy na początku lutego, ale do tej pory nie otrzymaliśmy odpowiedzi - mówi Lenart.
Nieoficjalnie związkowcy przyznają, że zwolnień nie da się zatrzymać. Mają nadzieję, że nie będą one tak duże, jak zapowiada zarząd PZU. Ale Stankiewicz nie pozostawia złudzeń: - Rozmawiać możemy tylko o warunkach odejść.
Negocjacje rozpoczną się 17 lutego. Związkowcy mają ustawowe 20 dni na dojście do porozumienia z zarządem ubezpieczyciela. - Jeśli się nie dogadamy, rozmowy mogą zostać przedłużone. Chcemy jednak, żeby zakończyły się przed giełdowym debiutem PZU - zapowiada Stankiewicz.