http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Trybunał Konstytucyjny - nie róbmy żenady

Ewa Siedlecka
2010-02-10, ostatnia aktualizacja 2010-02-10 15:27

Wygląda na to, że jedynym powodem zgłoszenia przez PO Kazimierza Barczyka na sędziego Trybunału Konstytucyjnego jest to, że nic na niego nie ma i że sam się zgłosił

Ewa Siedlecka
fot. AG
Ewa Siedlecka
Takie standardy w wyborach do jednego z najważniejszych organów państwa w wykonaniu partii, która miała przywrócić poszanowanie dla demokratycznego państwa prawa, to wstyd.

O tym, że sposób zgłaszania kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego uwłacza godności tego organu, mówi się od dawna. Od dawna krytykowane było zgłaszanie kandydatur w ostatniej chwili, wyciąganie ich z kapelusza, bez konsultacji ze środowiskami naukowymi, traktowanie miejsca w Trybunale jako synekury dla "swoich" ludzi, nieoglądanie się na kompetencje kandydatów.

Apogeum patologii mieliśmy za rządów PiS-Samoobrony-LPR, kiedy do Trybunału zgłoszono m.in. czynnego alkoholika, następnie człowieka, któremu prokuratura od trzech lat nie była w stanie przedstawić zarzutu, bo cały czas był na zwolnieniu lekarskim, innego, który choć formalnie doktoryzował się na wydziale prawa, to był specjalistą od doktryn politycznych. A także panią syndyk, którą sąd gospodarczy wyrokiem odbierającym uprawnienia uznał za nieposiadającą kwalifikacji etycznych do wykonywania zawodu syndyka. Poza ostatnią osobą nie zostali wybrani do Trybunału, ale tylko dzięki mediom.

Po takiej kompromitacji pojawiła się próba zmiany ustawy o Trybunale, tak by kandydatury wyłaniać w konsultacji ze środowiskiem prawniczym, w szczególności akademickim. Ale nic z niej nie wyszło. Wydawało się natomiast, że zmieniła się praktyka - ostatnie dwie kandydatury, profesorów Andrzeja Rzeplińskiego i Stanisława Biernata, chociaż znowu zgłoszone w ostatniej chwili, dotyczyły jednak osób o znanym dorobku naukowym, wyśmienitej opinii w środowisku naukowym i doświadczeniu z zakresie prawa konstytucyjnego, europejskiego i praw człowieka.

Jak się okazało, nawet dwie jaskółki wiosny nie czynią. Oto zwalnia się kolejne miejsce w Trybunale - 2 marca odchodzi jego wiceprezes Janusz Niemcewicz - i w dniu upływu terminu do zgłaszania kandydatur pojawiają się: Barczyk, działacz samorządowy związany z PO, i antyunijna profesor prawa związana z PiS prof. Krystyna Pawłowicz.

Liczy się oczywiście tylko kandydat partii rządzącej. Nominację ma praktycznie w kieszeni. Skąd się wziął? Bo na pewno nie jest to kandydatura oczywista - jego dorobek naukowy nie jest znany, jako prawnik też nie zafunkcjonował w sposób, który dałoby się zauważyć. Był dwukrotnie posłem (PC i AWS), ale też nie zapisał się w pamięci opinii publicznej. Znaczące osiągnięcia ma natomiast na polu samorządowym, co jednak słabo kojarzy się z kompetencjami, jakich oczekuje się od sędziego Trybunału Konstytucyjnego.

Usiłowałam rozgryźć zagadkę przyczyn zgłoszenia tej kandydatury. Odpytywałam polityków PO - każdy, łącznie z członkami prezydium klubu parlamentarnego Platformy, które zaakceptowało kandydaturę małopolskiego działacza samorządowego Kazimierza Barczyka, mówił: "Ja nic nie wiem, proszę zapytać kolegów". Przewodniczący klubu Grzegorz Schetyna, na którego koledzy wskazywali jako tego, który kandydaturę zgłosił, nie chciał o tym rozmawiać z "Gazetą".

Rzecznik klubu Andrzej Halicki poradził mi, bym zapytała samego kandydata, dlaczego się zgłosił. A za zaletę wystarczającą do zgłoszenia Barczyka do TK uznał to, że "nie ma przeciwwskazań".

Rzeczywiście, Barczyk nie jest ani czynnym alkoholikiem, ani kryminalistą. Przeciwnie - znający go krakowscy prawnicy (których notabene nikt z Platformy w sprawie kandydatury do TK się nie radził) zapewniają, że to człowiek uczciwy. Ma też słuszną biografię: Rada Państwa usunęła go w stanie wojennym ze stanowiska sędziego za to, że działał w sądowej "Solidarności". Nie wolno mu też było wykonywać zawodu adwokata.

To jednak żenujące, by o wyborze kandydata do Trybunału Konstytucyjnego decydował "brak przeciwwskazań" i spełnianie - bądźmy szczerzy, minimalistycznych - kryteriów formalnych: dziesięciu lat w zawodzie prawniczym i "nieskazitelności charakteru". Trzeciego kryterium - "wyróżniania się wiedzą prawniczą" - nikt niestety nie traktuje poważnie. Z punktu widzenia zgłaszających kandydatów partii do spełnienia tej przesłanki wystarczy, jeśli kandydat ma słuszne poglądy. Czasem rozumiane jest to jeszcze bardziej pragmatycznie - w 2006 r. jeden z polityków Samoobrony z rozbrajającą szczerością powiedział mi: "Wie pani, szukamy takiego, co będzie z nami współpracował".

Żenada w wykonaniu LPR czy Samoobrony była wpisana w urodę tych partii. Kryteria ideologiczne - w urodę PiS. Co się jednak stało, że partia, która obiecywała przywrócić normalność demokratycznego państwa prawa, daje posadę w Trybunale znajomkowi, bo "nie ma przeciwwskazań" i "sam się zgłosił"? Mogę jeszcze zrozumieć rozdawanie, komu popadnie, posad w Trybunale Stanu (notabene oboje aktualnych kandydatów do TK jest sędziami Trybunału Stanu), ale Trybunał Konstytucyjny to jednak inny kaliber.

I nie chodzi tu tylko o poszanowanie godności i znaczenia Trybunału Konstytucyjnego, któremu uwłacza ten tryb zgłaszania i wyboru kandydata. Wybieranie do Trybunału osób bez odpowiednich kompetencji owocuje opieszałością w pracy Trybunału i obniżeniem jakości orzecznictwa. A także tym, że za niewydolnych sędziów wyroki przygotowują asystenci. A części sędziów po prostu nie można powierzać spraw trudniejszych, bo nawet przy pomocy asystentów sobie nie poradzą. Niektórzy z czasem, dzięki ciężkiej pracy, mogą nabrać doświadczenia. Ale dla Trybunału i państwa czas ich nauki to czas stracony.

Jeśli Platforma poważnie traktuje państwo, to powinna pójść po rozum do głowy. Mleko się jeszcze nie rozlało, kandydata można nie wybrać. To samo dotyczy decyzji pozostałych partii, szczególnie Lewicy i PSL. Nic się nie stanie, jeśli w Trybunale przez miesiąc czy nawet dłużej będzie wakat - już to przerabialiśmy.

To niewielka cena za zmianę złego obyczaju i wybranie do Trybunału kandydata, który będzie spełniał wymagania nie tylko formalne, ale mógł też służyć państwu swoją wiedzą i doświadczeniem.

Władzę - wszelką, więc i sądowniczą - trzeba traktować poważnie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    80 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':