Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Polska ma w Parlamencie Europejskim 50 deputowanych - zdecydowaną większość w klubie centroprawicy (28 z PO i
PSL), mniej u konserwatystów (15 z PiS) oraz siedmioosobową grupę wybraną z list
SLD-UP w frakcji centrolewicy.
Wraz z końcem poprzedniej kadencji z korytarzy Parlamentu Europejskiego znikły kilkuosobowe "wycieczki" polskich deputowanych, którzy pod wodzą lepiej obeznanych (i znających język obcy) niepewnie przeskakiwali z sali obrad do kawiarni czy restauracji. - Nie ma już biało-czerwonych krawatów, jest mniej agresji, za to więcej pewności siebie - podsumowuje chadecki europoseł z Niemiec.
Ciągnie na Wiejską Część posłów na początku usiłowała przenosić polskie rozgrywki polityczne i ideologiczne do Strasburga oraz Brukseli (to nie tylko polska specjalność).
Marek Migalski (PiS) zdążył obwieścić Europie, że składa doniesienie do prokuratury na Donalda Tuska. Jego klubowi koledzy walczyli z chrystofobią czy prześladowaniem chrześcijan. Z drugiej strony
Joanna Senyszyn (SLD) informowała m.in. o ignorowaniu praw kobiet przez polską prawicę, która jest pod butem Kościoła albo o marszach ateistów i agnostyków w Krakowie.
Ale z racji braku wielu kamer i małego zainteresowania mediów te pokusy wygasają. Europosłowie niepotrafiący żyć z dala od bieżącej polskiej polityki zaczęli znacznie rzadziej bywać w Parlamencie Europejskim, a częściej przy ul. Wiejskiej w Warszawie.
Liderem absencji wśród Polaków na obradach plenarnych PE jest Zbigniew Ziobro. Według statystyk Votewatch.eu ma zaledwie 67 proc. obecności (przy polskiej średniej 91 proc.). Uczestniczył też w zaledwie dwóch spośród siedmiu posiedzeń komisji prawnej, w której pracuje. - To nie tylko niechęć do pracy, lecz także brak znajomości języka obcego. Na razie stracony euromandat - można usłyszeć w jego własnym klubie.
Rzadko na posiedzeniach plenarnych stawia się klubowy kolega Ziobry Jacek Kurski. Pomimo bycia gdańszczaninem wykazuje też brak zainteresowania dla prac nad strategią rejonu Bałtyku w komisji rozwoju regionalnego (pojawia się w niej bardzo rzadko).
Ci, którzy bywają częściej, czasem też niewiele wnoszą. Tak jak Sławomir Nitras, który na obradach swej komisji ds. gospodarczych jest wyjątkowo milkliwy (zaledwie dwa wystąpienia na dziewięciu posiedzeniach).
Podobnie Jarosław Kalinowski. Jak mówią jego koledzy, wciąż nie wdrożył się w prace europarlamentu. A Janusz Wojciechowski jako wiceszef komisji ds. rolnictwa zaskakuje innych nic niewnoszącym radykalizmem w obronie interesów polskiej wsi przed obcymi zakusami (członkowie komisji narzekają, że przerywa dyskusje, jeśli jego zdaniem europosłowie krytykują naszą wieś).
Razem też potrafią Ale mamy też absolutne gwiazdy - obok Jerzego Buzka, przewodniczącego europarlamentu).
Silną pozycję i sieć nieformalnych kontaktów, które bardzo ułatwiają pracę w Brukseli, ma Danuta Hübner (szefowa komisji ds. rozwoju regionalnego, była komisarz Unii) oraz Róża Thun (szef Komisji José Barroso podrzucił ją do Warszawy samolotem, którym leciał z wizytą do Polski).
Na przyszłą gwiazdę PE wyrasta Rafał Trzaskowski (PO) - został już m.in. sprawozdawcą komisji ds. rynku wewnętrznego (to wpływowa pozycja), choć posłuje po raz pierwszy. Z wielkiej fachowości i pracowitości znany jest Jan Olbrycht (PO) zajmujący się sprawami rozwoju regionalnego oraz Filip Kaczmarek (PO) nagrodzony europoselską nagrodą MEP Award za prace w 2009 r.
Priorytetem Polaków w europarlamencie są obecnie prace nad rozporządzeniem o dostawach gazu. Ma ono przełożyć klauzulę traktatu lizbońskiego o bezpieczeństwie energetycznym na konkretne przepisy, które ograniczyłyby pole gry w Unii rosyjskiemu Gazpromowi. Polskim wysiłkom patronuje tu europarlamentarny tuz Jacek Saryusz-Wolski (PO), któremu pomagają klubowi koledzy, ale też np. Konrad Szymański z PiS.
Drugą naszą specjalnością jest Partnerstwo Wschodnie - głównie stosunki z Ukrainą i Białorusią, którymi zgodnie zajmują się i Paweł Kowal (PiS), i Jacek Protasiewicz (PO), i
Paweł Zalewski (PO), i Marek Siwiec (SLD).
Pozytywnie wyróżnia się też Wojciech Olejniczak (SLD). Dzięki ministerialnej przeszłości zyskał silną pozycję w klubie centrolewicy, gdzie zajmuje się wspólną polityką rolną oraz rozwojem regionalnym - czyli dziedzinami sowicie dotowanymi przez Unię w Polsce.
A Michał Kamiński (PiS) jako szef klubu konserwatystów pracowicie wyrabia sobie znane nazwisko, objeżdżając konserwatywne think tanki w Europie i
USA.
Ale taka harmonijna współpraca, którą koordynują nie tylko szefowie grup PO-PSL, PiS, SLD, lecz znacznie bardziej nasze przedstawicielstwo przy UE (np. przez rozsyłanie informacji o niekorzystnych dla nas projektach), może zacząć pękać. Pierwszą "okazją" będą prace nad polityką regionalną i rolną w budżecie UE po 2013 r.
- Nie zamierzam na siłę popierać wspólnego stanowiska Polski. Uważam inaczej niż rząd - mówi Olejniczak, który byłby gotowy przeznaczyć część dotacji dla wsi m.in. na wiejską edukację. Polski rząd na razie deklaruje, że nie chce nic zmieniać w przyszłej unijnej polityce rolnej.