Amerykanie są jednym z najgrubszych narodów świata. Co czwarty z nich (ale aż co trzecie dziecko!) jest chorobliwie otyły. Kolejne 40 proc. ma nadwagę. Przeciętny Amerykanin jedną szóstą swego życia spędza przed telewizorem.
Otyłość jest jednym z głównych powodów rosnących astronomicznie kosztów opieki zdrowotnej w
USA - i prywatnej, i publicznej. Wczoraj żona prezydenta Michelle Obama rozpoczęła oficjalnie narodową kampanię Let's Move! (Ruszajmy się!), której celem jest zmniejszenie liczby otyłych dzieci. - Też lubię hamburgery i frytki, lody i ciasteczka. Nasza akcja nie będzie próbowała ich zabrać naszym dzieciom. Ale spróbujemy je ograniczyć i promować zrównoważony styl życia dzieci.
Szczegóły ofensywy rządu Obamy przeciw grubości miał przedstawić za kilka dni jego minister Tom Vilsack. Miał, bo jego przemówienie zostało odwołane z powodu rekordowych opadów śniegu w Waszyngtonie. Wiadomo jednak, co zaproponuje rząd USA. Przede wszystkim będzie to zakaz sprzedaży w szkołach napojów gazowanych, słodzonych, cukierków i słodyczy oraz słonych przekąsek, w tym chipsów.
Rząd spróbuje też rozszerzyć liczbę szkół oferujących śniadania i obiady w szkołach, co ma zmniejszyć liczby kalorii spożywanych przez dzieci. W szkolnych stołówkach serwowanie napojów gazowanych zostało już bowiem zakazane kilka lat temu, natomiast rodzice dają dzieciom do szkoły z reguły przemysłowy zestaw lunchowy: bułkę z czekoladą, chipsy i colę.
W wielu szkołach colę, chipsy czy batoniki można jednak nadal kupić w automatach. Na wieść o rządowych planach wyrzucenia ich ze szkół 16-letnia Asthyn Bowling ze szkoły średniej w
Orange County w Kalifornii powiedziała "New York Timesowi": - To będzie okropne!
30 lat temu dziecko w USA piło dwa razy więcej mleka niż napojów gazowanych. W 2000 r. było już odwrotnie. Świadomość, że
otyłość jest wielkim problemem Ameryki, i wysiłki, by coś z tym zrobić, rozpowszechniają się w USA od około dziesięciu lat. W ostatnich pięciu latach liczba hrabstw, które w szkołach choćby ograniczają sprzedaż jedzenia śmieciowego wzrosła z 30 do 70 procent. Wiele stanów wprowadziło podatki na napoje gazowane. Próbowano też pomysłów zupełnie szalonych - grupa senatorów stanowych z Missisipi, najgrubszego stanu USA, na serio zaproponowała, by restauracje i bary nie obsługiwały najgrubszych klientów. Pomysł oczywiście upadł.
Efekt w sumie jest taki, że liczba otyłych Amerykanów przestała rosnąć, choć nadal jest ogromna. Teraz rząd Obamy będzie próbował ją zmniejszyć. Pomóc w tym ma np. ułatwianie kontaktów lokalnych farmerów ze stołówkami w szkołach, by trafiała tam żywność świeża, a nie przetworzona. A także dokładniejsze informacje na opakowaniach żywności o liczbie kalorii czy konserwantach (w USA te informacje są dużo mniej dokładne niż w UE).
Eksperci spierają się, jak mocno można zmienić wagę Amerykanów poprzez działania administracyjne, bez oddolnej zmiany stylu życia (sportu nie uprawia 60 proc. obywateli USA, głównie uboższych). Nastolatki z liceum w Orange County odgrażają się już, że jeśli batoników nie będą mogły kupić w szkole, to kupią w sklepie i przyniosą na lunch tak czy owak.
Ale szefowa stołówki szkolnej Denise Snow uważa, że przyzwyczajenie do śmieciowego jedzenia da się zmienić. - Gdy przestawiliśmy się ze zwykłej pizzy na zdrowszą, z mąki pełnoziarnistej, dzieciaki marudziły i na jakiś czas część z nich przestała ją u nas kupować. Ale w końcu się przyzwyczaiły i teraz wszyscy już ją jedzą.